INF [16.7.2017]: w razie jakby kogoś martwiła moja nieobecność: wzięłam urlop od blogowania. Do września pojawią się tu (jeśli w ogóle) wyłącznie kadry i relacje z moich skromnych wojaży. Stay tuned.

23.03.2016

2016: Paryż

Po mojej pierwszej, wyzwalającej wizycie w Londynie postanowiłam, że będę podróżować razem z moimi muzycznymi bohaterami. Bo koncert (nie tylko Muse, choć, rzecz jasna, głównie) i zwiedzanie jest dla mnie połączeniem idealnym. Poza Londynem potwierdziłam to w EdynburguSztokholmie i początkiem marca w Paryżu. Absolutnie najlepsze połącznie na świecie!
Paryż znalazł się wysoko na liście moich wycieczkowych priorytetów (wyżej niż Rzym) nie bez powodu: w tym roku kończę 25 lat, więc to był ostatni dzwonek, żeby obskoczyć muzea za darmo (obywatel Uni poniżej 25 roku życia do każdego muzeum w Paryżu wchodzi na dowód). Gdy więc Muse ogłosili swoje europejskie areny, wybór był oczywisty.
Poleciałam do stolicy Francji na niecałe 5 dni i zaskakująco mi się tam podobało. Zaskakująco, bo ani nie lubię francuskiego, ani niespecjalnie jara mnie ten kraj, nie mówiąc już o tym, że pogodę miałam bardzo kapryśną, a wypowiedzieć po francusku jako-tako umiem tylko bonjour i merci (i język był w gruncie rzeczy jedyną kwestią, która mnie podczas tej wycieczki naprawdę stresowała). Pojechałam z nastawieniem „zaliczyć”. Nie planowałam tam kiedykolwiek wracać, a już tym bardziej się w tym mieście zakochiwać. Ale wiecie co mówią: miłość i sraczka przychodzi znienacka. 
Praca w hostelu zdziałała (kolejne!) cuda i szczęśliwym trafem spałam na kanapie Niny i Romaina, których poznałam w Krakowie w grudniu, na niedzielnym (pamiętnym) karaoke, i którzy są absolutnie zajebistymi ludźmi, miedzy innymi dlatego, że czytają super książki:

Moim pierwszym przystankiem było Montmartre, które zwiedziłam z DiscoverWalks i w którym zakochałam się od razu. Rozumiem dlaczego artyści chcieli i wciąż chcą tam mieszkać – gdybym znała francuski, sama bym tam chętnie zamieszkała.
Znajoma kawiarenka…
…i sklepik.


Nasza piesza wycieczka została brutalnie skrócona burzą śnieżną, która przemoczyła mnie do suchej nitki, ale nie narzekam, bo dzięki niej poznałam czterech przesympatycznych, przyszłych filmowców z Cardiff, z którymi zjadłam obiad i pogadałam na kreatywne tematy.
A że po burzy zawsze wychodzi słońce, to i światło do zdjęć miałam piękne.





Nowjorskie, londyńskie, berlińskie czy paryskie: mam do metra słabość.
Pierwszy wieczór na francuskiej ziemi spędziłam pod wieżą Eiffla.

Drugi dzień zaczęłam od DiscoverWalks po centrum, podczas których po raz enty udowodniono mi, że świat jest mały: w grupie była czwórka Australijczyków (ta narodowość ostatnio trochę dominuje moje życie…), a przewodniczka z pochodzenia była Polką.
Nie każdy wie, że do Galerii Lafayette warto wpaść nie tylko dla tej kopuły…
…na dachu jest bowiem (zupełnie darmowy) taras, z którego można podziwiać Paryż.
Idealne miejsce na kawę, gdyby tylko nie zwiewało ci do połowy pełnego kubka (bo tak mi właśnie piździło!).
Z polecenia kolejnego hostelowego gościa (tym razem Kanadyjki mieszkającej w Paryżu) wylądowałam w typowej francuskiej restauracji, która od lat nie zmieniła swojego wyglądu.

Drugiego wieczoru robiłam za sensację w trzecim rzędzie.
Trzeciego dnia zaliczyłam śniadanie na wypasie…
…i Louvre, oczywiście. Komnaty Napoleona mnie powaliły!
Do muzeum iść warto, choć jest zupełnie nie do przejścia, szczególnie dzień po koncercie.
I tak jak z Berlina zapamiętałam sobie zajebistego kebaba, tak z Paryża zapamiętam Chez Alain Miam Miam, również z polecenia. Tak bardzo mi smakowało, że dzień później wróciłam tam spróbować czegoś innego. Niebo w gębie!
Następnie przejechałam się kolejką do Wersalu na darmo – historia zasługuje na miejsce w cyklu „Ciężkie jest życie blondynki”, więc wyczekujcie kolejnego odcinka.
To najlepsze zdjęcie, jakie z Wersalu przywiozłam.
Paryska Kładka Bernatka!
Na pierwszym planie Afro-Amerykanin sprzedający tandetę w postaci świecących wież Eiffla – a ja myślałam, że tacy będą mi się kojarzyć wyłącznie z Nowym Jorkiem…


Ten szop zwiedził więcej świata niż ja.
Muzeum d’Orsay warte jest zwiedzenia, chociażby dla samego van Gogha.

W czwarty dzień popołudniu się wypogodziło, więc fundnęłam sobie rejs statkiem.

A zachód wyjechałam oglądać na szczyt wieżowca.

Nietrudno się zakochać.
Spróbowałam oczywiście makaroników (mniam, choć nie wszystkie)…
…i objadałam się serem ze świeżą bagietką. Pycha.
Porankiem piątego dnia zwiedziłam Notre Dame…

…i wsiadłam w samolot powrotny do Krakowa.
Już nie mogę się doczekać kolejnej wycieczki!


2 komentarze:

  1. Ojjjj, rozmarzyłam się, chcę tam wrócić! Bo na porządne zwiedzanie Paryża to ze 3 tygodnie trzeba by mieć:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ojjjj, rozmarzyłam się, chcę tam wrócić! Bo na porządne zwiedzanie Paryża to ze 3 tygodnie trzeba by mieć:)

    OdpowiedzUsuń