INF [20.11.17]: ręka, co prawda z ograniczeniami, ale już działa, więc szykuję mały foto-spam.

11.03.2016

Muse at Bercy

Jadąc do Paryża, wcale nie planowałam pisać kolejnego (dla wielu przynudzającego i/lub zbyt wulgarnego) tekstu o Muse, bo myślałam, że już nic nowego i ciekawego nie będę miała w tym temacie do powiedzenia. Emocje ogromne jak zawsze (może nawet ogromniejsze, bo wciąż sprawdza się niemożliwe), co tu więcej można powiedzieć?
No okazuje się, że można. I to sporo.  


Bo widzicie, po pierwsze, to czuję się w obowiązku oficjalnie oświadczyć (choć serce mi krwawi na myśl o Glastonbury, które w tym roku znowu przejdzie mi koło nosa), że ich pełnowymiarowy koncert jednak zawsze wygrywa z festiwalem. I to bynajmniej nie dlatego, że dłużej i lepsze kawałki grają (bo to akurat zależy), ale dlatego, że na scenie odpierdala się show nie z tej ziemi. Ba, sama scena jest jak z innej planety. Z lekkim zażenowaniem przyznaję, że po tej gigantycznej, zmieniającej położenie piramidzie zwisającej mi nad głową, imponujących wybuchach, inscenizacjach, popisującej się na latającej “żarówce” akrobatce i ogromnym robocie zapieprzającym po scenie, myślałam, że oni mi już bardziej nie zaimponują, no bo niby czym? Dopóki nie weszłam 3 marca 2016 na płytę paryskiej Bercyareny i nie zobaczyłam na własne oczy tej jebutnej sceny: łzy w oczach, przyspieszone bicie serca i banan na ustach. Ja już byłam zrobiona, a oni nawet nie zaczęli grać. Domyślcie się, co było potem.


Po drugie, ja naprawdę wcale nie przesadzam, gdy mówię, że jestem ich psychofanką. Niby nic to odkrywczego, a i tak zawsze mnie trochę zaskakuje, bo jakoś tak… podświadomie nastawiam się, że mi niebawem przejdzie, że dojrzeję, że wyrosnę z tego. Bo przecież się zmieniam, dorastam. TjaChuja tam. Darłam japę gorzej niż nastolatki za mną, aż poczciwi Francuzi po mojej prawej zaczęli mnie sobie pokazywać palcami (ale są też tego plusy, bo się stopniowo ode mnie odsuwali, więc miałam więcej miejsca do histerycznego wymachiwania rękami). Walić struny głosowe i niewyćwiczone mięśnie: gitarowe riffy i fortepian też musiałam wyśpiewać na pełnej mocy, no a przecież grzechem byłoby nie wymachiwać rękami do Uprising czy Knights of Cydonia! Owszem, cierpiałam potem przez kolejne dni (szczególnie, że dorobiłam sobie jeszcze zakwasów kilometrami zwiedzania – o tym następnym razem), ale to ten rodzaj cierpienia, który bardzo, ale to bardzo człowieka cieszy. Bo wtedy każdym mięśniem czujesz, że, kurwa, żyjesz!
Po trzecie, ludziom w pierwszym rzędzie powinno się zabraniać używania telefonów komórkowych. I, uwaga, teraz będzie pojazd. Bo, do kurwy nędzy, ja rozumiem, że chcesz mieć pamiątkę – też chciałam i też telefon z kieszeni ze trzy razy wyciągnęłam (z czym do teraz źle się czuję), ale tylko na kilkanaście sekund, bo szkoda mi było nie szaleć z radości. A Państwo przede mną (stałam w drugim /  trzecim rzędzie)? Oni nagrywali, kurwa, całość. Stali w pierwszym, kurwa, rzędzie, przy centralnej scenie, na wprost jebanego Matta / Chrisa i oglądali całe show przez jebany telefon komórkowy. Który nawet 1/6 tej całej maszynerii objąć nie był w stanie. I już słyszę tę ich oszałamiającą ścieżkę dźwiękową w postaci moich histerycznych wrzasków, jak to potem odpalają sobie w domu. No ja pierdolę! Nie dość, że blokowali mi widok na moich muzycznych bogów, to jeszcze cały czas stali jak te kołki (w pierwszym, kurwa, rzędzie!!), gdy ja odpierdalałam im manianę za plecami. Jak sobie chcesz kurwa nagrywać, to idź na szczyt jebanych trybun, a nie wpierdalaj się do pieprzonego, pierwszego rzędu! AGHR!
Po czwarte, Muse to też banda gnojków, co moje największe koncertowe marzenie zagrali zarówno dzień później, jak i trzy dni wcześniej. Ale o ile tego długo nie będę w stanie im wybaczyć, to chyba rozumiem już, dlaczego nie grają wszystkiego jak popadnie. Miejmy trochę wyobraźni: show z takim rozmachem i taką oprawą musi mieć sztywne ramy, inaczej by się posypało. Zamiast więc jojdać, że setlisty nudne i monotonne (bo Muser ciężkim jest człowiekiem do usatysfakcjonowania), skupmy się może lepiej na zapierającym dech w piersiach całokształcie. Zaczynam też podejrzewać, że w Polsce koncertu nie ogłoszono z dwóch, bardzo prawdopodobnych, powodów: albo żadna polska arena się do tej jebutnej sceny nie nadaje, albo mamy wybitnie chujowe przepisy bezpieczeństwa, które całe show spisują na straty i nie ma śmiałków, co by się odważyli z tym powalczyć.
A po piąte, to moich muzycznych bogów planuję zobaczyć po raz szósty już na początku czerwca. Tym razem w Pradze. Zobaczymy czy się uda, bo biletów na płytę na razie brak, a ja do trybun mam stosunek bardzo ambiwalentny.


Generalnie to Muse na żywo bardzo wszystkim polecam. Bardziej na arenach i stadionach niż festiwalach. Bo naprawdę nie wierzę, że ktoś dziś potrafi zrobić bardziej odjebane show od nich. Wcale się nie zdziwię jak za kilka lat rzeczywiście zagrają w kosmosie…


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz