INF [16.7.2017]: w razie jakby kogoś martwiła moja nieobecność: wzięłam urlop od blogowania. Do września pojawią się tu (jeśli w ogóle) wyłącznie kadry i relacje z moich skromnych wojaży. Stay tuned.

22.04.2016

Warto w Krakowie: iść zjeść

CZĘŚĆ I - TU; CZĘŚĆ II - TU; CZĘŚĆ III - TU

Przyznaję, że na kulinarnym Krakowie nie znam się za dobrze (żeby nie powiedzieć, że w ogóle). Po pierwsze żaden ze mnie znawca, po drugie jadać na mieście zaczęłam tak naprawdę dopiero w wakacje 2015, a po trzecie wciąż jestem (w dużej mierze) tylko biednym studentem. Moje propozycje nie są więc specjalnie wyszukane, ale za to stosunkowo niedrogie. I wszystkie znajdują się w okolicach ścisłego centrum (Stare Miasto / Kazimierz).


Zapiekanki (na Placu Nowym)

Tam miałam pierwszą styczność ze znaną w świecie studenta „gastro-fazą”. Zanim bowiem zaczęłam pracować w party hostelu i obracać się w ścisłym centrum, na wszelkie „imprezy” chodziliśmy ze znajomymi właśnie na Kazimierz, najczęściej pooglądać filmy do Zielonego Kontrabasu, który już niestety nie istnieje. Zapiekankę po piwku polecam każdemu.


Frytki jak frytki, nic szczególnego, ale uwielbiam tam zaglądać z dwóch powodów: przesympatycznej obsługi i absolutnie zajebistych sosów. Wszystkie nieklasyczne (bo keczup i majonez to można zjeść wszędzie) próbowałam i wszystkie gorąco polecam: niebo w gębie. No i ci przyjaźni panowie zawsze sprawiają, że dzień się robi znośniejszy.

U Szwagra (Karmelicka / Miodowa)

Jeszcze niedawno byłam skłonna twierdzić, że to najlepszy kebab, jakiego w życiu jadłam, ale potem pojechałam do Berlina i teraz już skłamać nie mogę. To jest co najwyżej najlepszy kebab w Krakowie (choć nie żebym jadała inne…), ale wciąż warty polecenia. Szczególnie na wspomnianą „gastro-fazę”. Myślę, że szczególnie gorliwie potwierdzi to Kuba – wszak żadna jego wizyta w Krakowie nie obeszła się bez niego.  

Chimera (Św. Anny)

Co prawda pamiętam czasy, gdy można się tam było najeść za 10 a nie 13 złotówek, ale to wciąż jest niezła cena jak za tak różnorodny obiad. Mam tam dwa kroki z pracy (po sąsiedzku – z ich ogródka widać okna naszego Common Rooma), a że jest stosunkowo zdrowo i niedrogo, to stołuję się tam często. I choć jest to niby bar sałatkowy, to można zjeść zarówno smaczną zupę, jak i dobre mięsko. No i wystrój mają bardzo uroczy.

Gospoda Koko (Gołębia)

Nasze obcokrajowe (70% Australian) chłopaki z pracy poleciliby raczej Babcię Malinę, ale ja pozostaję wierna Gospodzie Koko. Pierwszy raz trafiłam tam z koleżanką po tym, jak wrzuciłyśmy w googlezapytanie „gdzie tanie i dobrze zjeść w Krakowie” – od tamtej pory bywam tam często (bo też rzut beretem z pracy), bo rzeczywiście: smacznie, niedrogo i po polsku, a przy tym w całkiem przyjemnej oprawie. Zaprowadziłam tam kilku obcokrajowców, bez przerwy polecam w pracy i jeszcze nikt nie wrócił zawiedziony („that’s SOOO cheap!”).

Kokorogarnia (Józefa)

No a jak już polecam Koko, to nie może tu też zabraknąć Kokorogarni: najlepsze podsmażane pierogi (ruskie) w mieście, lepszych jeszcze nie próbowałam (poza Babcinymi).  

Naleśnikarnia (Senacka)

Pokazała mi ją kiedyś koleżanka ze studiów i od tamtej pory bywam tam „zgrzeszyć”, najczęściej naleśnikiem z nutellą, ale nie gardzę też szynką z serem i pieczarkami albo brokułem. Zabrałam tam kiedyś przejezdnego i potwierdził, że dobre, więc z czystym sumieniem polecam. Skromnie i ciasno, ale smacznie.

Papito’s (Jagiellońska)

Nie byłabym sobą gdybym i naszych „współpratymców” nie poleciła – małe, smaczne burgery (najbardziej lubię VEGE, ale wszystkie są naprawdę dobre) w bardzo urokliwym miejscu na Jagiellońskiej 10. Jak ktoś szuka gorącej Kuby w sercu Kraka, to tylko pod tym adresem. Po strzeleniu sobie sliderów można skoczyć na drina z rumem do Teatro Cubano, gdzie (oczywiście) pracują sami zajebiści barmani. Polecam.


Byłam tam raz i była to moja pierwsza w życiu styczność z sushi, które od tamtej pory kocham namiętnie. I bardzo nie mogę się doczekać, aż znajdę grupę (i dodatkowe fundusze), żeby iść tam ze znowu… Główną zaletą jest to, że zestawy są (lub przynajmniej niecałe dwa lata temu były) duże i – jak na sushi – stosunkowo niedrogie.

Moa Burger (Mikołajska)

Podobnie jak wyżej, wylądowałam tam tylko raz (bo a) to nie na moją kieszeń i b) jako że pracuję nad „hurtownią” małych burgerów, to tego typu obiadów staram się – przynajmniej poza godzinami pracy – unikać), bo mówiono, że to najlepsze burgery w mieście. No i cóż – prawda. Nie żebym zdradzała Papito’s (sliders are different story, after all), albo kiedykolwiek próbowała w Krakowie jakieś inne burgery… ten był, tak po prostu, zajebisty. Plotki na mieście niniejszym potwierdzam: warto.

Charlotte (Plac Szczepański)

Też byłam tam tylko raz, ale to była miłość od pierwszego wejrzenia (bo nawet nie kęsa). Ich chleby, marmolady i czekolada są przepyszne, kawa wcale zresztą nie gorsza. Nie skłamię jak powiem, że to było najlepsze śniadanie, jakie w tym roku jadłam. Niektórzy mówią, że drogo, ale oni pewnie nigdy nie byli w Paryżu. A to jest namiastka Paryża w samym sercu Kraka, za złotówki! Następnym razem idę tam na lunch, koniecznie z lampką wina do zestawu.

Forum Przestrzenie (nad Wisłą, z widokiem na Wawel!)


Nasłuchałam się zachwytów w pracy co nie miara i w końcu poszłam sama przetestować. I grzechem by było, gdybym tego miejsca tutaj nie dopisała. Śniadanie serwują od 10 do 16, i słusznie, bo te porcje śmiało mogą robić za lunch. Duży wybór, świeżo, smacznie i dużo (!) za całkiem rozsądną cenę. Podejrzewam, że jeszcze niebawem się tam na jakiś zestaw skuszę. 

I na tym moja skromna lista się kończy, bo choć co rusz odnajduję nowe miejsca, do których „chętnie bym się wybrała coś zjeść” to niestety nie mam na to ani wystarczających funduszy, ani czasu. Jasne, gdybym się nieco bardziej postarała to może i mogłabym je mieć, ale trzeba mieć w życiu jakieś priorytety, a ja z zamiłowaniem przepieprzam każdą dodatkową złotówkę na podróże, koncerty i inne hobby… ;)

PS. Wybaczcie kiepskie zdjęcia, ale nie miałam czasu ogarnąć lepszych ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz