INF [16.7.2017]: w razie jakby kogoś martwiła moja nieobecność: wzięłam urlop od blogowania. Do września pojawią się tu (jeśli w ogóle) wyłącznie kadry i relacje z moich skromnych wojaży. Stay tuned.

27.05.2016

2016: Londyn

Do Londynu po raz pierwszy poleciałam w maju 2013, zobaczyć (po raz pierwszy na stadionie a po raz trzeci tak w ogóle) Muse. Trzy lata później, również w maju, postawiłam nogę na londyńskiej ziemi po raz trzeci. Ktoś mógłby pomyśleć, że do tej pory mogłoby mi się już znudzić… bitch please, Londyn to moja obsesja (jedna z wielu), a z moimi obsesjami się nie dyskutuje, szczególnie gdy ktoś proponuje mi nocleg w sercu Londynu za darmo. Zadzieram kiecę, wywalam za jednym zamachem kolejną wypłatę i lecę!
Głównym punktem tej wycieczki była moja wizyta w… Hogwarcie.
Wszyscy chyba wiedzą, że przed Muse, był w moim życiu tylko Harry Potter. Blisko piętnaście lat totalnej obsesji: premiery o północy, dwa naskrobane fanficki, miliony obejrzanych i przeczytanych wywiadów, godziny powtórnych seansów (większość dialogów znałam na pamięć), książki dwukrotnie przeczytane od deski do deski i tysiące razy fragmentami… to Potter jako pierwszy rozkochał mnie w angielskim i Londynie. Oczywistym więc było, że któregoś pięknego dnia do tego studia zawitać będę musiała. No i zawitałam…
…razem z parą kapitalnych Brazylijczyków, u których przez trzy noce spałam i którzy kompletnie mnie w sobie rozkochali.
To prawdopodobnie najdroższa pamiątka w moim życiu (więcej wydałam tylko na merch Muse, notabene też w Londynie). Ceny były kosmiczne, a piwo kremowe paskudne. Ale dla takiego fana jak ja, samo doświadczenie warte jest każdego centa, wierzcie na słowo.

Zastanawiałam się jak dużo razy musiałabym zobaczyć te wszystkie czołowe atrakcje, żeby przestały robić na mnie wrażenie… obawiam się, że to tak samo przegrana sprawa jak Wawel z mostu Grunwaldzkiego – trzy lata już w Krakowie mieszkam, od roku przejeżdżam tamtędy codziennie (nieraz nawet po kilka razy) i wciąż nie mam dość.

W Londynie jara mnie każdy szczegół, a ze szczegółami problem jest taki, że bardzo trudno jest je wszystkie ogarnąć, a jeszcze trudniej umiejętnie sfotografować.
Na szczęście nie miałam na to uwiecznianie jakiegoś specjalnego parcia. Ten wyjazd w ogóle był na luzie: po pierwsze wracałam tam jak do domu, po drugie gościli mnie najlepsi ludzie na świecie, a po trzecie nie miałam żadnego konkretnego planu (poza Werner Bros), co w podróżach samemu jest zawsze świetną sprawą. Tańczyłam jak mi zagrało, a że pogoda była spoko (nie padało) to miałam okazję poczuć londyńską wiosnę, która pomogła mi się wyciszyć i skupić na tym, co tu i teraz, a nie przed i za mną.

Jeśli chcielibyście się zakochać w londyńskich parkach, koniecznie odwiedźcie je w maju – bo jak ja po długim spacerze się na tej trawie pokrytej stokrotkami wyłożyłam, to już nigdzie indziej nie chciało mi się ruszać.


Z historycznych atrakcji, korzystając (znowu) z uprzejmości Pana Krzyśka, zwiedziłam Kensington Palace – całkiem przyjemnie spędzone przedpołudnie.
Odwiedziłam też niedawno otwarte Sky Garden, które wszystkim gorąco polecam (póki jeszcze jest za darmo)!



Doszłam też do wniosku, że londyńskie metro jest dla mnie taką samą (o ile nie większą) atrakcją jak Big Ben. Ubóstwiam się nim przemieszczać!



Poza tym, przez te cztery dni rozpieszczałam podniebienie: zaczęłam od burgera z jagnięciny, z pieczonymi warzywami na mięcie w Regent’s Park. Mniam.

Następnie zawitałam na Borough Market – kapitalne miejsce!
Wokół roznosiły się tak piękne zapachy, że nie wiedziałam, co wybrać. Koniec końców przekonał mnie ser kozi (jedna z moich miłości) w greckim souvlaki. Też mniam.
Na Spitalfields natomiast, Pan Krzysiek przedstawił mnie falafelowi, który bezsprzecznie wskoczył na ścisłe podium moich ulubionych fast-foodów. Mniam!
A na Brick Lane wcinałam kurczaka w miodzie i pomarańczach!

Na Brick Lane mogłabym spędzić długie godziny, szperając, zajadając, przyglądając się ludziom i ulicom oraz, oczywiście, rozpieprzając pieniądze. Kapitalne miejsce.

To, że warto jest zobaczyć Barbican (szczególnie gdy pogoda dopisuje) wywnioskowałam z zachwytów Riennahera. I potwierdzam. Kolejne kapitalne miejsce. 
Zauważyłam też, że im bardziej ciekawe, hipnotyzujące i klimatyczne miejsce, tym trudniej jest mi je umiejętnie sfotografować – jego wyjątkowość jakoś ginie na zdjęciach. Żeby wydobyć z tych niesamowitych (a dla mnie nowych) miejsc choć odrobinę tego niepowtarzalnego klimatu, musiałabym je najpierw dobrze poznać…

Cudownie było: kolejne cztery dni jak z bajki wyjęte.
Pierwszy raz od nie pamiętam kiedy siedziałam przy oknie i po raz pierwszy też, lot do domu nie złamał mi serca! Do zobaczenia niebawem, Londynie! ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz