INF [16.7.2017]: w razie jakby kogoś martwiła moja nieobecność: wzięłam urlop od blogowania. Do września pojawią się tu (jeśli w ogóle) wyłącznie kadry i relacje z moich skromnych wojaży. Stay tuned.

06.05.2016

30 TNF: projekcje specjalne

W razie jakby ktoś nie zdawał sobie z tego jeszcze sprawy: Tarnowska Nagroda Filmowa to nie tylko projekcje konkursowe minionego sezonu, ale również liczne projekcje specjalne, spotkania, warsztaty i koncerty. Choć Tarnów bywa hermetyczny (szczególnie w porównaniu do Krakowa), to rację ma pan Jan Nowicki, który twierdzi, że to festiwal wyjątkowy i drugiego takiego na świecie nie ma. Nie mogę mu nie przytaknąć, bo tylko w Tarnowie mogę usiąść w malutkiej kawiarence kina z Dorocińskim na wyciągnięcie ręki (a chyba wszyscy już wiedzą, że to jedna z moich największych obsesji polskiego kina), stać w kolejce do toalety ze Żmudą-Trzebiatowską, czy słuchać jak Jerzy Stuhr rozwala pieprzącego głupoty mieszkańca kilkoma trafnymi uwagami. Ten festiwal nie tylko ciągle rozkochuje mnie w polskiej kinematografii, ale też niezmiernie inspiruje. I jest jednym z powodów, dla których zawsze będę miała ochotę do Tarnowa wracać.

W tym roku poza jedenastoma projekcjami konkursowymi (oceny TU i TU) miałam okazję zobaczyć cztery projekcje specjalne i jako że wszystkie były nad wyraz ciekawe, je też pozwoliłam sobie ocenić i skomentować.

Demon: rewelacyjny
Gatunek: thriller
Demoniczna wersja kultowego „Wesela” Smarzowskiego (niektóre sceny i postacie były niemalże kropa w kropkę!) i thriller z rodzaju takich, jakie uwielbiam. Było napięcie i ciary na plecach, a przy tym się jeszcze dobrze uśmiałam. Trochę byłam tylko zawiedziona, że nie rozjaśniono jakoś bardziej intrygującej historii żydówki Hany, ale ogólnie film świetny: bardzo klimatyczny, nietuzinkowy i łączący w sobie wszystko to, co lubię, w odpowiednich proporcjach: dramat z komedią, groteskę z sacrum i psychologiczny horror z obyczajówką. No i mały bonus dodatkowo podbijający moje serce: obcokrajowiec kaleczący polski – aww! Zdecydowanie najlepszy polski film jaki obejrzałam podczas całego 30 TNF.

Śpiewający obrusik: przeciętny
Gatunek: studencki
Film nakręcony przez studentów łódzkiej filmówki. Tytułowa historia (wyświetlana w zestawieniu jako ostatnia) była bardzo ciekawa: w formie nieszablonowo zinterpretowanej baśni, ze świetną charakteryzacją i niesamowitą scenerią – te stare, ogromne, szare industrialne budynki, szczególnie w zestawieniu z żywymi kolorami, podbiły moje serce! Lubię takie świeże, odważne i przede wszystkim „inne” filmowe twory. Za to pozostałe trzy historie mnie znudziły – nie wiem czy to kwestia tego, że z opowiadanych problemów / epizodów wyrosłam i nie potrafiłam się w nie wczuć, czy po prostu tematycznie nie wstrzelili się w moje gusta. Tak czy siak, fajnie było zobaczyć, co w młodej trawie piszczy. Bo potencjał widzę.

Noc Walpurgi: bardzo dobry
Gatunek: dramat
Film po prostu dobry. Miał w sobie wszystko to, co lubię: porządny, psychologiczny dramat z historią w tle, szczyptę z thrillera, odrobinę humoru i specyficzny klimat. Czarnobiel i muzyka współgrały świetnie, wprowadzając w odpowiedni, nieco wręcz magiczny (choć mroczny) nastrój. Dobrze zagrany i kapitalnie zmontowany: świetnie wykorzystane motywy przyspieszenia i zwolnienia obrazu w rytm muzyki i pomysłowe, niebanalne ujęcia – większość z nich prezentowała się jak fantastyczne, czarno-białe fotografie, co dla mnie zawsze liczy się na plus. Nie spodziewałam się po nim niczego szczególnego, a podobał mi się bardzo.

Kosmos: dobry
Gatunek: dramat
Przyznam szczerze: choć był to obraz od pierwszej sceny bardzo intrygujący, kompletnie go nie zrozumiałam i z tego względu odradzam każdemu, kto nie zna książki Gombrowicza, bo sama mam teraz poczucie, że zmarnowałam naprawdę dobry seans. Oceniając go tutaj bez przeczytania wcześniej książki i bez wiedzy o Gombrowiczu (poza mocno wyblakłymi wspomnieniami ze szkoły) czuję się jak bezczelny ignorant, ale stało się: obejrzałam i, mimo że raczej nie zrozumiałam, to przemyślenia mam. Film jest przede wszystkim bardzo żywiołowy, z werwą nakręcony, nawet jakby „na szybkości” zagrany i wydźwięku brawurowy, co sprawia, że nawet nie ogarniając o co chodzi (może byłoby trochę prościej gdyby to nie był film francuski…?), nie jesteś w stanie się znudzić. Do tego przepiękna sceneria i niesamowita gra kamerą – albo miałam zwidy, albo sprytnie wykorzystywano tutaj motyw przyspieszenia.

No i co tu dużo gadać: podczas gdy inni narzekali, że trzy projekcje dziennie to za dużo, to były wieczory kiedy żałowałam, że nie mogę zostać na czwartą. A najlepiej jeszcze na piątą.
Kocham kino. Polskie w szczególności.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz