INF [3.9.2017]: kadry sierpniowe. Wrzesień planuję wypełnić zaległymi zdjęciami. Powrót do regularnych postów (if ever) planuję na październik. Stay tuned.

20.05.2016

MFK: kryzys? Jaki kryzys?!

Z okazji mojego ulubionego miesiąca w Mieście Kraka miałam plan stworzyć coś na podobieństwo zeszłorocznego podsumowania programu głównego MFK. Zmieniłam jednak zdanie na spotkaniu mistrzowskim z Yannem Mingardem, gdy dotarło do mnie, że a) to już zrobiłam rok temu, b) temat jest zbyt szeroki, żeby ograniczać go wyłącznie do ośmiu obejrzanych wystaw (szczególnie, że poza MFK działa jeszcze PhotoFringe), no i c) wystawy zobaczyć i ocenić to sobie przecież każdy może sam.
Zamiast więc chodzić i oceniać, postanowiłam usiąść i chwilę się nad festiwalem samym w sobie zastanowić. A potem przedstawić wam tych dogłębnych przemyśleń efekty: w tym również powody, dla których ta edycja jest inna niż wszystkie.


Kilka miesięcy temu, gdy myślałam jeszcze, że mam ogromnie dużo czasu, czasoprzestrzeń da się nagiąć do 36 godzin na dobę, a ja jestem nadczłowiekiem, byłam pewna, że w tym roku MFK to będzie przede wszystkim #WOLOMFK: współpraca z ludźmi, integracja i nowe wyzwania. Nie wyszło. Czasoprzestrzeń ma głęboko w dupie moje nadludzkie wysiłki, materiał na super bohatera jest ze mnie żaden, a życie polega na tym, że trzeba ciągle wybierać i rezygnować. Początkowo bardzo mnie gryzł ten mój mocno ograniczony wkład w wolontariat, ale po weekendowym otwarciu festiwalu utwierdziłam się w przekonaniu, że to była słuszna decyzja. Bo choć lubię ludzi, to wiele mam w sobie cech introwertyka i (jakkolwiek dziwnie może się to niektórym wydawać), potrzebuję sobie kontakty z innymi równoważyć samotnością. Dlatego też, to samotne przeciskanie się przez tłumy i niewymuszone robienie zdjęć gdzieś z kąta sali, gdzie nikt nie zwraca na ciebie większej uwagi, okazało się dla mnie cenniejsze niż jakakolwiek integracja. 
W tym roku o #WOLOMFK lepiej opowie Wam #WOLOMFK niż ja.


Są w moim życiu tylko dwa festiwale, którym jestem wierna i naprawdę czuję się ich częścią: TNF i MFK właśnie. Photomonth kocham nie tylko za to, że po raz trzeci pozwala mi aktywnie obcować z fotografią w każdej postaci, ale także (a może przede wszystkim) za to, że ciągle poszerza moje horyzonty, nie tylko fotograficzne. Bez względu na temat edycji, festiwal to zawsze więcej niż fotografia sama w sobie: co roku daje mi okazję nadgryźć jakiś fragment nieznanej dotąd historii, dowiedzieć się czegoś nowego (i zazwyczaj ciekawego) o świecie i miejscach w których nigdy nie byłam i nie wiadomo czy kiedykolwiek jeszcze będę, o ludziach mniej i bardziej znanych, o wydarzeniach z mniej lub bardziej dalekiej przeszłości, czy o rokowaniach na przyszłość. A mimo tego natłoku informacji lejących się z wystaw i wydarzeń towarzyszących, to nie jest festiwal, który o(d)powiada – MFK przede wszystkim pyta. Widza, twórców, organizatorów. Zarówno o otaczający nas świat i ludzi, jak i o samą fotografię: o teraźniejszość, przeszłość, przyszłość i granice tego medium.  


Dwie ostatnie edycje (w których brałam czynny udział) wcale nie były gorsze od tej, ale to na wiadomość, że temat tegorocznej będzie brzmiał „Kryzys? Jaki kryzys?!”, serce od razu zabiło mi mocnej. Trudno byłoby wymyślić bardziej odpowiadający mi temat, skoro świetnie obrazuje go nie tylko mój osobisty stan mentalny (Wielki Kryzys), ale i moja praca magisterska ze współczesnej literatury brytyjskiej: na upartego mogłabym nadać jej dokładnie taki sam tytuł (CrisisWhat crisis?). A to wszystko przecież podszyte jest naukowymi badaniami i analizami: żyjemy w czasach permanentnego kryzysu, więc czym tak naprawdę jest dziś ten kryzys…?
Edycja jakby z myślą o mnie i moich wiecznych rozkminach stworzona!


Uwielbiam ten stan: gdy wracam wieczorem z wystawy, a moja głowa aż huczy. Nie od zachwytów, ale własnych pomysłów i coraz to nowszych wariantów odpowiedzi na postawione mi wizualnie pytania. To mnie bardzo inspiruje i niesamowicie nakręca do działania: korzystania z każdej nadarzającej się okazji, tworzenia projektów, zdjęć, cykli, nowych tekstów. 
Wystawy wcale nie muszą mi się podobać (najczęściej te, które podobają mi się najmniej, najwięcej mnie uczą: bo sztuką wcale nie jest zachwycanie czy zgadzanie się, ale właśnie konfrontacja z tym, co niekoniecznie jest nam po drodze), nie muszę ich też w pełni rozumieć – dopóki zmuszają mnie do myślenia i przewartościowywania znanych mi dotąd pojęć i zjawisk, czy też zachęcają do zajęcia stanowiska wobec kwestii, które do tej pory były mi zupełnie obce lub obojętne, są to wystawy wyjątkowo dobre. A temat tegorocznej edycji zdaje się tylko takie wystawy (i odczucia) w tym roku prowokować.
Więc może warto przejść się po wystawach MFK i pozwolić zadać im to sztandarowe pytanie: czym dla ciebie jest dzisiaj kryzys? Jaki kryzys?!...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz