INF [20.11.17]: ręka, co prawda z ograniczeniami, ale już działa, więc szykuję mały foto-spam.

24.06.2016

Edytorstwo a kreatywność

Pisałam już, że mam dość studiowania. Bo mam. Ale mam też po dziurki w nosie moich studiów podyplomowych. Bo choć wyznaję zasadę, że żałowanie jest dla słabych, to trudno mi było na nie nie kląć przez ostatnie dwa tygodnie.
Pół roku edytorstwa doprowadziło mnie do dwóch ważnych wniosków: po pierwsze, redakcja tekstu niewiele ma wspólnego (prawie nic!) z pisaniem samym w sobie, a po drugie, brak w tym kreatywności, co momentalnie zabiło cały mój początkowy entuzjazm. Bo co jak co, ja muszę pracować kreatywnie.
Mogę mieć te swoje wieczne wątpliwości, ale faktom przeczyć nie będę: tworzyć (jakkolwiek) po prostu muszę, inaczej durnieję. Nieistotne na ile nośne, oryginalne i sukcesywne to moje tworzenie jest czy będzie, być po prostu musi. Bo poprawianie przecinków i wyłapywanie cudzych błędów kreatywne bynajmniej nie jest i – mówiąc krótko – doprowadza mnie do szału. Nie mam już ambicji zostać chodzącym słownikiem czy gramatycznym nazistą. Przez chwilę wydawało mi się, że to nie zaszkodzi (a może nawet pomoże), ale te kilka miesięcy pozbawiło mnie wszelkich złudzeń. W dupie mam taką robotę.


Fajnie jest przypomnieć sobie ogólne zasady własnego języka, poznać najpopularniejsze błędy i dowiedzieć się jak powstaje książka od przysłowiowej podszewki. Ale już zupełnie niefajnie jest wkurwiać się na cudze błędy (lub XIX wieczną prasę…), których przecież nie możesz poprawić według własnego uznania. Zresztą mniejsza o błędy, bo znacznie bardziej wkurwia brak konsekwencji i możności składnego przekazywania własnych myśli. Pisanie wydaje mi się taką nieskomplikowaną czynnością, a sądząc po tym, na co napatrzyłam się przez ostatnie miesiące, niewiele osób które się tego pióra chwytają, poprawnie (lub chociaż logicznie) pisać potrafią. Okazuje się, że z pisaniem jest jak z posiadaniem dzieci: nie każdy powinien się na nie decydować.
Koleżanka mi podpowiadała, że może jak przepracuję sprawę, to zmienię negatywne nastawienie. Cóż, okazało się, że nie mam na tyle samozaparcia by w ogóle spróbować to „przepracować”. Zadania z redakcji tekstu, bibliografii i korekty robiłam z fizycznym wręcz bólem (a pracę zaliczeniową pisałam na totalnym wkurwie), zwykle do ostatniej chwili prokrastynując przed ekranem komputera, oglądając bzdurne seriale (najpierw chłonęłam Downton Abbey, potem House of Cards i sztandarowe Game of Thrones). Ale prawdziwe olśnienie przyszło, gdy usiłowałam zrobić pierwszą prawdziwą korektę, pierwszej prawdziwej książki. Takiej, wiecie, do druku, z wydawnictwa nadesłanej (ostatnio nawet widziałam jej reklamę w tramwaju). Poddałam się po 120 stronach (na prawie 400). I powiem wam, że i tak jestem dla siebie pełna podziwu. Do dziś nie wiem czy to wina autora czy chujowego tłumaczenia, ale obawiam się, że nawet gdyby jarała mnie ta tematyka, to te 400 stron by mi ją skutecznie obrzydziło. No nie, dziękuję. Zdecydowanie.
Trochę smutek, że ten wniosek kosztował mnie blisko 4 tysiące (moich własnych) złotych i niezliczone tabuny komórek nerwowych. Ale, no wiecie, dowiedzieć się czego się nie chce to też jakaś forma wiedzy, prawda? (Nie żebym ostatnio tylko taką sobie w życiu fundowała…). Jest też zresztą inna „dobra” (i kreatywna!) strona: po poznaniu kolejnej partii szanownego grona pedagogicznego mam chujotowi jeszcze więcej do zarzucenia i aż mi rękę świerzbi, żeby o tym napisać szerzej.
Bo uczelnie (szczególnie te „prestiżowe”) mają problem, który trzeba nagłaśniać. Domyślacie się jaki…?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz