INF [3.9.2017]: kadry sierpniowe. Wrzesień planuję wypełnić zaległymi zdjęciami. Powrót do regularnych postów (if ever) planuję na październik. Stay tuned.

29.07.2016

Potter- head, arms and legs

Wszyscy wokół grają w Pokemon Go i pytają mnie jak długo żyłam pod kamieniem, że nigdy tej kreskówki nie oglądałam. Cóż, rodzice robili ze mnie hipstera od lat najmłodszych i oglądanie Polsatu było w naszym domu surowo zabronione. Owszem, pamiętam kapsle z chipsów i monotematyczne rozmowy na przerwach w podstawówce, których nie mogłam zrozumieć. Ale jakoś nie uważam, żeby cokolwiek mnie przez to ominęło.
Bardzo chętnie bym się dziś z tej obsesji dorosłych ludzi na punkcie łapania dziwacznych, kieszonkowych potworków z kreskówki wyśmiewała, gdyby nie to, że na przestrzeni ostatniego tygodnia dobitnie przypomniałam sobie, co ja robiłam, gdy na scenę w moim życiu wkroczył Harry Potter. O mamciu! Moja obecna obsesja na punkcie Muse wydaje się przy tym niczym… a to już chyba coś mówi, prawda?
Po mojej wizycie w WB studio w Londynie poprzysięgłam sobie, że jak tylko wrócę do domu (gdzie na półce stoją wszystkie Potterowe filmy i książki, ofc) to obejrzę ponownie wszystkie części. I tak też zrobiłam: wróciłam i (korzystając z cholernego przeziębienia) w siedem dni obaliłam wszystkie części razem z materiałami dodatkowymi, od deski do deski. Teleportacja do magicznej przeszłości! No i ta sentymentalna łezka w oku.
O tym jak Potter wkroczył w moje życie i jak bardzo je odmienił, już tutaj pisałam. Dziś przyznam się do jakiego stopnia żyłam tym magicznym światem.
Pierwsza faza obsesji była dość niewinna: czytałam w kółko książki, oglądałam filmy i uczyłam się na pamięć dialogów z kolejno trzech pierwszych filmów (dubbingowanych), które potem, razem z ówczesną przyjaciółką, odgrywałam przy każdej nadarzającej się okazji (najbardziej, oczywiście, lubiłam być Hermioną – z tej okazji karbowałyśmy moje włosy… pamiętacie jeszcze karbownice?!). Nie żeby kompan był mi do tych zabaw szczególnie potrzebny – na działce godzinami turlałam się po wale udając, że atakuje mnie Wierzba Bijąca. Po jakimś czasie odgrywanie scen ewoluowało w wymyślanie własnych wersji wydarzeń: nowych trójkątów miłosnych, kłótni, rozpadów i innych takich. Pamiętam też, jak razem chowałyśmy się pod kołdrą przed plakatami z pierwszej i drugiej części (którymi obwieszone były nasze pokoje), udając, że są żywe, jak w Hogwarcie. A na jedną z grillowych imprez specjalnie napisałyśmy (i wykonałyśmy przed innymi dziećmi!) własną piosenkę o Potterze. Do dziś pamiętam jej pierwszą, żałosną zwrotkę: Ja jestem Hagrid na motorze, torze, torze, ja jestem Syriusz na Hardodziobie, dziobie, dziobie… dalej było coś o Harrym na miotle, McGonagall z różdżką i Hermionie z książkami. Urocze czasy.
Druga faza (która zahaczała o fazę pierwszą) przyszła między drugim a trzecim filmem (przy trzecim odjebało mi już kompletnie): po raz pierwszy platonicznie się zakochałam – Daniel Radcliffe został moim boskim ideałem. Nosiłam w piórniku jego zdjęcie (drugie wisiało nad moim łóżkiem…), zbierałam i drukowałam wszystkie znalezione artykuły, kolekcjonowałam naklejki (w szkolnym sklepiku sprzedawali wtedy gumy z naklejkami z Pottera za 25 groszy!) i filmowe plakaty (mam je do dziś!), węszyłam wszystkie nowinki, czytałam blogi, fora, wywiady. Całe moje marne kieszonkowe wydawałam jednorazowo na gazetki, na których okładkach wypatrzyłam jego twarz lub nazwisko. Miałam tego wszystkiego tony: pół pokoju obwieszonego plakatami i zdjęciami (jak obecnie z Muse). A po jakimś roku zaczęłam regularnie pisać do niego listy. Po polsku, bo przecież nie potrafiłam po angielsku wyrazić tego, jak bardzo go kocham i doceniam…
Trzecia faza przyszła po premierze piątego tomu, ciągnęła się przez cztery długie lata i, mówiąc szczerze, zasługuje na oddzielny post. Bowiem maksymalnie zniecierpliwiona czekaniem, zainteresowałam się światem fanfiction. Początkowo tylko czytałam tuziny blogów z różnorakimi kontynuacjami, ale gdy jeden z nich (mój ulubiony) został bez uprzedzenia porzucony, w przypływie bezsilnej złości otworzyłam dokument Worda i zaczęłam pisać swój własny ciąg dalszy. I pisałam tak przez półtora roku. Gdy inni po szkole oglądali Pokemony i inne seriale, ja stukałam w klawiaturę, drukowałam kolejne rozdziały, a potem uroczyście odczytywałam je przyjaciółce. Szambo to było totalne, przyznaję, ale mimo wszystko z rękami i nogami, na całe 368 stron A4, razem z ilustracjami. A na tym się nie skończyło, bo po krótkim planowaniu części siódmej, zaczęłam pisać coś zgoła innego – również szambo, ale odrobinę ciekawsze i lepiej przemyślane, więc pod pseudonimem (notabene zapożyczonym z mojej wcześniejszej, marnej „ruskiej, rozmokłej telenoweli”) wylądowało nawet w Internetach i miało około 10 (!) stałych czytelników. W 2009 jeszcze walczyłam z kolejnym pomysłem, ale ostatecznie przygodę z fanfiction zakończyłam przed maturą. Wspomnień od groma!
Czwarta faza była przedłużeniem pierwszej: wyrosłyśmy z biegania z kijkami po podwórku (i karbowania włosów), więc wymyśliłyśmy sobie rzecz ambitniejszą. Nagrywałyśmy program rozrywkowy o wdzięcznym tytule Wszystko o Harry’m Potterze i nie tylko. Jeśli dobrze pamiętam, na przestrzeni dwóch lat doczekał się chyba 6 odcinków i tysiąca prób z histerycznym śmiechem w roli głównej. Frajda pierwsza klasa! Aż szkoda, że znacząca część nagranego materiału przepadła nam bezpowrotnie, bo to dopiero jest pamiątka!
Piąta faza zaczęła się w okolicach premiery czwartej ekranizacji i ciągnęła się równolegle z drugą, trzecią i czwartą. Odkryłam youtube’a i zaczął się Harry Potter po angielsku. Najpierw uczyłam się na pamięć oryginalnych zwiastunów, które nagrywałam na płyty CD i odtwarzałam na mojej świętej pamięci wieży milion razy dziennie. Miałam całą kolekcję takich płyt: z nagranymi zwiastunami, scenami, urywkami zza kulisów i wywiadami. Po premierze filmu go ściągnęłam i zrobiłam sobie transkrypcje wszystkich dialogów – tym sposobem do dziś znam na pamięć min. 50% dialogów z Czary Ognia. Miałam też specjalny zeszyt do angielskiego, gdzie spisywałam ulubione cytaty i nowo poznane słówka. Z filmu szybko przerzuciłam się na anglojęzyczne materiały wszelkiej maści (których, rzecz jasna, było o wiele więcej niż tych polskich), na 17 urodziny kupiłam sobie 7 część po angielsku, a na Mikołajki 2009 ubłagałam rodziców o amerykańskiego audiobooka, którego z wypiekami na twarzy przesłuchałam dwa razy (pod rząd).
To były czasy! Te ogromne emocje, to wyczekiwanie, te szalone pomysły i kompletne odcinanie się od szarej rzeczywistości. Żaden inny film i żadna inna książka mi już tego potem nie zagwarantowała. Potter przez przeszło 10 lat był dla mnie (i trochę wciąż jest) świętością, taką samą jaką jest teraz Muse. Zero obiektywizmu.

PS. Na planie filmowym Pottera już sobie raczej nie popracuję, ale The Wizarding World of Harry Potter w Orlando Universal też jest na mojej Bucket List – absolutnie najważniejsza rzecz do zrobienia w USA, ma się rozumieć!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz