INF [16.7.2017]: w razie jakby kogoś martwiła moja nieobecność: wzięłam urlop od blogowania. Do września pojawią się tu (jeśli w ogóle) wyłącznie kadry i relacje z moich skromnych wojaży. Stay tuned.

01.07.2016

The art of letting go

Mam w pokoju szafę, a w tej szafie ciuchy. Ciuchów zdecydowanie więcej niż faktycznie noszę. I przy każdym większym sprzątaniu zawsze kłócę się z mamą, która twierdzi, że wszystko czego chcę się pozbyć (oddać potrzebującym zazwyczaj) „jeszcze się przyda”. Głucha jest na moje argumenty, że jak czegoś nie włożyłam na siebie przez ostatnie dwa lata, to tym bardziej nie założę za rok. „A skąd ja to niby wiem?” No właśnie sęk w tym, że wiem.
Zastanawiam się czasem jak to możliwe, że mi wystarczyły raptem dwa lata w Krakowie, żeby przekonać się do zasadności minimalizmu (do którego i tak jest mi bardzo daleko), a mojej mamie dziesiątki lat nie pomogły nauczyć się walczyć z bzdurnym chomikowaniem.
Powiecie, że rozchodzi się o sentyment, ale to bzdura. Można być sentymentalnym i nie gromadzić wokół siebie miliona przedmiotów. Sentymenty całkiem dobrze operują w sferze wspomnień, które świetnie zapisuje dziś komputer, fotografia lub długopis na kartce papieru. Stare spodnie, w które nie wchodzisz, spódnice, których nigdy już nie założysz i przedmioty, których nigdy już nie użyjesz, tylko zagracają twoją przestrzeń, którą mógłbyś przeznaczyć na coś nowego, kto wie czy nie lepszego właśnie.
I sprawa ma się analogicznie z ludźmi i relacjami.


Były czasy, nie takie jeszcze odległe, gdy każdą kończącą się w moim życiu relację przeżywałam jak mrówka okres, z błędnym przeświadczeniem, że jak coś się rozsypuje i kończy, to znaczy, że nie potrafię tego utrzymać, jestem beznadziejna i w sumie to jaką mam gwarancję, że jeszcze kiedykolwiek z kimkolwiek innym cokolwiek zbuduję. Co jest oczywiście kompletną bzdurą, bo nie dość, że relacje z natury są różne, to jeszcze ludzie je tworzący lubią się zmieniać – lub wręcz przeciwnie, uporczywie stać w miejscu. I wtedy nie ma przebacz, jak szanujesz siebie, swój czas, swoje życie i potrzeby, to z takiej, naraz nierównej i niewspółgrającej relacji (mniej lub bardziej grzecznie) spierdalasz. I nie ma w tym nic podłego. Serio.
Jakiś czas temu, w pracy na nocce, mój pijany kolega, który po półrocznej przygodzie w Polsce powoli się z nami żegnał, powiedział mi jedno bardzo ważne zdanie: “every relationship ends at some point, you know”. To brzmi śmiesznie oczywiście, przyznaję. Ale to przecież właśnie takie oczywiste oczywistości dzielą nas po twarzy najmocniej! Mnie zdzieliło.
No bo tak na chłopski rozum: słońce wstaje rano i zachodzi wieczorem – dzień się zaczyna i kończy, a człowiek się rodzi i umiera. Więc i relacje się zaczynają i kończą, nie tylko te złe, dobre też. To zabawne jak bardzo człowiek wierzy w permanentność i stałość stanów, wierzeń i uczuć, którym nasza natura od wieków mocno zaprzecza. Nic nie jest na zawsze.
A tak wielu ludzi wierzy, że można mieć coś i kogoś na zawsze! Jak wielu spędza życie w jednym miejscu i w tym samym towarzystwie – nie tylko fizycznie, ale i mentalnie…? Ba, może właśnie przede wszystkim mentalnie! Ile jest na świecie osób, które nie wierzą w zmiany, bo wyznają permanentność (bądź obojętność)? Miliony! Odkrywałam to długo, potem jeszcze dłużej chciałam to zmieniać, niesłusznie myśląc, że moja droga (zmienna i aktywna) jest jedyną słuszną. W końcu odpuściłam – raz i drugi. I choć bez bólu się nie obeszło, z zaskoczeniem odkryłam jak dobrze mi to robi i jak wiele to uczy.
Ale tak naprawdę, cały sens i słuszność „odpuszczania” dotarł do mnie dopiero wtedy, gdy, za trzecim razem, to mi (czy może raczej mnie sobie) odpuszczono. Bo choć zabolało piekielnie, to wiem przecież, że inaczej być po prostu nie mogło. Mogłam tego bardzo nie chcieć, ale tego właśnie potrzebowałam. Żeby do mnie dotarło. Bo twoje potrzeby i pragnienia zawsze kończą się tam, gdzie zaczynają się potrzeby i pragnienia innych. I twoim obowiązkiem – jako szanującego siebie i innych człowieka – jest cudzą decyzję, nawet jeśli dotyczy ona (i rani!) bezpośrednio ciebie, uszanować. Odpuścić. Wybaczyć. Pozwolić odejść. No bo jaki byłby sens trzymania się kurczowo tej swojej potrzeby / pragnienia, jeśli przeczyłaby ona – czy też hamowała – potrzeby / pragnienia drugiej osoby, na której przecież (hipotetycznie przynajmniej) naprawdę ci zależy? No jaki?!
Decyzja o relacji (jakiejkolwiek) musi ZAWSZE wypływać z dwóch stron. Możesz sobie kogoś wybrać, możesz się nakręcić, czy nawet go/ją omamić, ale dopóki ten wybór nie zostanie przez drugą stronę tym samym wyborem potwierdzony – absolutnie nic nie znaczy. Ot, życie.
I wyobraźcie sobie, że nie nauczyłam się tego od kolejnej biernej osoby – od takich już chyba wyciągnęłam wszystko to, czego potrzebowałam. Teraz uczę się od lekkoduchów. Odpuszczać, zmieniać, próbować, zawodzić, poprawiać i zaskakiwać – tak samo innych jak siebie samą. Uczę się żyć chwilą. W chwili. Tu i teraz.
Co bynajmniej łatwe nie jest.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz