INF [3.9.2017]: kadry sierpniowe. Wrzesień planuję wypełnić zaległymi zdjęciami. Powrót do regularnych postów (if ever) planuję na październik. Stay tuned.

19.08.2016

Jak chcieć mniej?

Moje ciężkie życiowe rozkminy zazwyczaj przez jakiś czas oscylują wokół jednego, szerszego zagadnienia. Na przełomie 2014 i 2015 toczyłam debatę wokół tematu biernych i aktywnych, a na przełomie 2015 i 2016 zachciało mi się szukać odpowiedzi na pytanie: co zrobić, by chcieć mniej i nie zostać przy tym sfrustrowanym nieudacznikiem? I o ile podział na biernych i aktywnych krystalizował mi się w głowie w zasadzie sam, o tyle na postawione w tytule pytanie odpowiedzi wciąż nie mam. I zaczynam wątpić czy kiedykolwiek się do niej dokopię.
Próbowałam pytać wujka Google: zbombardował mnie milionem porad jak mniej kupować, wydawać i jeść. A ja nie o takie mniej pytam. Ja chcę wiedzieć co się robi z tym chceniem co siedzi w mózgu i z powietrza tworzy ci niezliczone problemy. Bo, oczywiście, każdy napotkany na twojej drodze człowiek rozumie ten twój zakichany idealizm inaczej. Albo wcale.


No bo czy ja mam kompleksy? No i po co mi one? Bo dlaczego ja taka kapryśna jestem? Bo dlaczego ja taka niedojrzała? Dlaczego taka zapatrzona w siebie? I dlaczego taka zamknięta w sobie? I cóż. Wzruszam ramionami, bo wytłumaczyć tak jakby nie sposób. Bo w sumie to wszystko prawdą jest. Tylko źródło nie to.
Nie powiem, że się do tego nie przyzwyczaiłam, bo specjalnego wyjścia raczej nie miałam. W życiu usłyszałam już (i to od ważnych dla mnie osób, bo słowa tych nieważnych raczej sobie nie liczę) że jestem (i tu cytuję): unapproachable, super, nieprzenikniona, dziwna, extra, pojebana, complicated, psychoanalitykiem od siedmiu boleści, zamknięta, niedostępna, onieśmielająca, bez sensu i jak zraniony zwierz (najpewniej jeszcze jeż).
Wszystkie te epitety mają jedno i to samo (choć przez autorów totalnie chybione) źródło: za dużo chcę. Od siebie, od życia, od innych. Mam 25 lat i wciąż jeszcze nie wyrosłam z tego naiwnego myślenia. Ba, mimo że mnie to życie coraz bardziej za kłaki tarmosi, wciąż jakoś nie zamierzam. Za dużo chcę i przestać chcieć nie umiem.
Miewałam na przestrzeni roku takie kryzysowe momenty, w których naprawdę bardzo chciałam przestać chcieć. Więc grzebałam, gmerałam, całe serie postów na ten temat planowałam. A potem rozwinęła się w blogosferze (przynajmniej w tej niewielkiej części, którą śledzę) debata na temat marzeń. Że niby każą nam gonić za nimi na siłę i bez sensu. Że w sumie to przecież całkiem normalnym jest nie chcieć nic lub chcieć mało.
I wtedy coś we mnie pękło. Jak bardzo musi cię dotykać i wkurwiać sukces innych, skoro czujesz potrzebę napisania tekstu w opozycji do tych „motywujących”, wysnuwając odważny wniosek, że tamci „zmuszają” cię do gonienia za wielkimi marzeniami, których ty wcale nie chces. Ja rozumiem co może tutaj wkurwiać, mnie ta ślepa moda też irytuje, ale bardziej dlatego, że jest ślepa, niż że w ogóle jest. Bo być powinna. Ba, uważam, że każdy powinien dochodzić do tych sprzedawanych za tysiące życiowych prawd na własną rękę.
Ale żeby bojkotować…? Po co?
Jeśli pozwalasz sobie na to, żeby obecny trend dyktował twoje potrzeby lub czujesz się przez niego osaczony/a, to oznacza to tylko (i aż) tyle, że nie ufasz samemu sobie. I ten dziki bojkot to twoja ostatnia deska ratunku, złudzenie, że masz nad czymś kontrolę. Bo gdybyś sobie ufał/a, nie miał(a)byś z tym żadnego problemu: robił(a)byś swoje, nie rozwodząc się nad wielkością i maleńkością własnych wrażeń, za bardzo skupiony(a) na ich realizacji.
W ogóle, debata na temat wielkości i ważności marzeń jest dla mnie kompletnie jałowa i pozbawiona sensu. Nie rozumiem, dlaczego ktokolwiek czuje potrzebę ich rozróżniania i klasyfikowania. Czy to przypadkiem nie jest kompletnie osobista (i subiektywna) sprawa? To co dla mnie jest marzeniem, dla ciebie może być definicją udręki. A to, co dla ciebie jest marzeniem dużym, dla mnie może być jakąś zwykłą popierdółką. Więc na ciul klasyfikacja…?
No i patrz, ja też nagle czuję się osaczona! Nagle ktoś próbuje mi wmówić, że powinnam chcieć mniej, marzyć skromniej. Ba, sama zaczynam sobie to wmawiać, dlaczego…? Moment, chwila: co mnie obchodzi zdanie innych, i to jeszcze tych, którzy w akcie (pewnie podświadomej) desperacji atakują coś, co tak naprawdę wcale ich nie dotyczy?
Ej, Anka. Przecież wcale nie musisz przestawać chcieć więcej czy zacząć chcieć mniej. Wystarczy żebyś chcąc więcej nie zapomniała o tym, co już masz. I będzie dobrze.
A innym nic do tego.

1 komentarz:

  1. Ten wpis jest chyba najbardziej dramatyczny (w sensie: ma w sobie dużo dramatyzmu, nie desperacji/rozpaczy) ze wszystkich, które tu czytałam. To tak, jakbyś stała na scenie i wygłaszała monolog. ;-)
    A tak poza tym, mam podobny problem z "chceniem więcej" i z niepokojem, który mi każe ciągle myśleć, że czegoś brakuje. I bardzo "dobrze mi zrobiła" twoja konkluzja - że chodzi o to, żeby nie zapominać o tym, co się ma - chociaż niby to wiem, ale jednak ciągle zapominam, a jak ktoś coś ładnie wyartykułuje po polsku, to lepiej to sobie powtarzać (do znudzenia, jak zawsze!) w takiej formie.

    OdpowiedzUsuń