INF [16.7.2017]: w razie jakby kogoś martwiła moja nieobecność: wzięłam urlop od blogowania. Do września pojawią się tu (jeśli w ogóle) wyłącznie kadry i relacje z moich skromnych wojaży. Stay tuned.

31.10.2016

2016: kadry październikowe

Chciałam napisać, że piździernik w tym roku był okrutnie wręcz chujowy, ale na szczęście szybko do mnie dotarło, że nie byłoby to specjalnie fair. Bo wydarzyły się też przecież fajne rzeczy, a co ważniejsze: udowodniłam sobie, że po pierwsze dam radę, a po drugie jest koło mnie garstka odpowiednich ludzi, na których zawsze mogę liczyć.
Napiszę więc tak: w październiku działo się dużo, i złego, i dobrego.  

Zaczęły się te cholernie zimne poranki.
Ale nie brakło też cudownej odmiany jesieni.

Magistrem zostałam, więc w towarzystwie zajebistych (oczywiście) ludzi się z tej okazji, krótko mówiąc, najebałam. Wcześniej opieprzając gigantyczną porcję naleśników na słodko. Fajnie było.
Moja ścieżka dźwiękowa miesiąca: najnowszy album The Naked and Famous.
A a propos wyżej wspomnianych, zajebistych ludzi: chciałam im oficjalnie podziękować za wsparcie, w szczególności Majce i Kasi (szacun, że wytrzymałyście ze mną pod jednym dachem), mojemu cudownemu bratu, Paulince, Kubie, Moni i Oli. Postawiliście mnie na nogi.
Druga połowa miesiąca kręciła się głównie wokół jedzenia.
Zajebistego jedzenia, o którym będzie oddzielny post, więc nie spojleruję.


Planty najpiękniejsze jesienią, oczywiście.

Wreszcie oficjalnie poznałam małą Felę!
Z Paulinką w Tekturze plotkowałam.
Wygląda niewinnie, smakuje zajebiście (więcej o tym niebawem).
Wystawę Beksińskiego w NCK w sumie polecam – choć szkice dalej słabo widoczne, to choćby dla samych obrazów warto tam zawitać.
Omomom. Na wege pysznościach z Monią byłam.  
I na zdjęciach nocnych (i mokrych).

Fotorelacji z żarcia ciąg dalszy. Baaardzo smacznie.
Bobby Burger (polecany) mnie nie zachwycił, ale przyznaję, że frytki mają naprawdę dobre: posypka odwala kawał dobrej roboty.
W stolicy z Wojciechem zawitaliśmy, żeby podziwiać klaty ogień na scenie (ja po raz 4). Wolałam ich co prawda w trampkach, ale czadu dali jak zawsze, więc nie będę się czepiać.
Gdańsku krótką terapię odbyłam.


A w Tarnowie znowu piękna jesień.

To był bardzo (a niespodziewanie) intensywny i emocjonalny miesiąc, a sądząc po tym, co szykuję sobie na listopad, on wcale nie będzie lżejszy.
Ale skoro mówią mi, że dam radę, to co bym miała nie dać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz