INF [3.9.2017]: kadry sierpniowe. Wrzesień planuję wypełnić zaległymi zdjęciami. Powrót do regularnych postów (if ever) planuję na październik. Stay tuned.

21.10.2016

Smarzowskiego traumy

Wojciech Smarzowski (którego całe życie będę kojarzyć jako tego siwego okularnika w spranej zielonej kamizelce i kaszkiecie z Kina Marzenie w Tarnowie) nakręcił 7 filmów pełnometrażowych. Po raz pierwszy z jego twórczością zapoznałam się w kinie, gdy w lutym 2012 razem z koleżanką oglądnęłyśmy Różę. Pamiętam, że przed seansem zastanawiałyśmy się, co takiego nas w nim czeka, że film jest od 18 lat… jak wychodziłyśmy z kina, z szoku nie potrafiłyśmy wymówić ani jednego słowa. Nigdy jeszcze (a przynajmniej od czasów przedpremierowego seansu Katynia, na którym kino pełne było rodzin ofiar – ciężkości tamtej ciszy nic już chyba nie pobije) tak bardzo nie przeżyłam napisów końcowych. W nocy nie mogłam zasnąć, a film przeżywałam ze trzy dni. I już pewnie nigdy więcej go nie oglądnę (choć jest jednym z lepszych polskich). Bo do traumy (nawet tej przepracowanej) wraca się niechętnie. A najlepiej w ogóle. Wiedziałam, że z Wołyniem będzie tak samo. I jest.

[źródło: film.onet]

Po inny film Smarzowskiego sięgnęłam dopiero pół roku po Róży – zachwalany Dom Zły, choć bynajmniej nie był filmem złym, wcale mnie nie powalił. Potem w lutym 2013 wylądowałam w kinie na Drogówce i to po tym seansie uznałam, że najwyższy czas zbadać jego twórczość bliżej. Obaliłam kolejno Wesele (które bardzo mi się podobało), Pod Mocnym Aniołem (w kinie, recenzja TUTAJ) i Małżowinę – film chyba najłagodniejszy. W efekcie zostałam fanem i wyrobiłam sobie o nim własne zdanie: bardzo dobry reżyser, po którego nowe filmy na pewno warto będzie sięgnąć. A najlepiej pójść na nie do kina. Bo wszystkie są (i zapewne będą) z mocnym dupnięciem (no może poza Małżowiną): przerażająco prawdziwe, nigdy czarno-białe, a przez to i pełne bezstronnej refleksji. Gdy więc wypuścili zwiastun Wołynia, wiedziałam na pewno dwie rzeczy: że to będzie „druga Róża”, i że nie zabraknie mnie na nim w kinie. No i prawda: byłam, widziałam, mocno przeżyłam, ale już trochę odreagowałam i przyszłam się refleksjami dzielić.
Zacznijmy od tego, że to nie pierwszy raz, gdy poruszam temat historyczno-wojenny w polskim kinie – od jakiegoś czasu bardzo mocno mnie ta tematyka interesuje. Zaczęło się kilka lat temu od W Ciemności, potem przeszła lawina przez Pokłosie (która mnie, bardziej niż sam film, nie tyle zainteresowała, co mocno zszokowała), a teraz przyszedł czas na Wołyń. Lubię filmy historyczne, nawet bardzo, pod warunkiem, że nie są czarno-białe, mają głębszy sens i wnoszą coś wartościowego (najczęściej w formie refleksji) do mojego życia.
Choć Wołyń rozkręca się powoli, a folklorystyczne elementy znacząco mijają się z moimi zainteresowaniami, złego słowa powiedzieć nie mogę, bo po pierwsze dodaje to filmowi autentyczności, po drugie dobrze nakreśla tło (a nawet portretuje przerażającą klamrę zaciśniętą na filmie), a po trzecie i najważniejsze: buduje niesamowite napięcie. Wiedząc (chociażby z podręcznika do historii, i choćby pobieżnie), co wydarzyło się w czasie wojny na Wołyniu, widz podświadomie czeka, aż zacznie się ta cholerna rzeź. Czeka i się stresuje. Szczególnie, gdy znajoma mu jest dosłowność przekazu Smarzowskiego. Ja osobiście, przez połowę filmu siedziałam jak na szpilkach (naprawdę bałam się tego, co mogę za chwilę zobaczyć), a jak już się zaczęło… chciałam, żeby czym prędzej się skończyło.
Można pomyśleć: po co sobie taką krzywdę robić? Cóż, bardzo lubię traumę (w fikcji, bo niekoniecznie prywatną) i bardzo lubię cięższego kalibru kino. Wołyń był jednym z moich najwartościowszych kinowych doświadczeń ostatnich lat. Smarzowski mnie absolutnie nie zawiódł, wręcz przeciwnie: zrobił świetnie fabularnie zarysowany film, bazujący na faktach historycznych, który mocno szokuje i przeraża, ale równocześnie skłania do głębszej, uniwersalnej refleksji nad istotą ludzką. Choć bierze na barki temat sam w sobie trudny, bolesny i poniekąd kontrowersyjny („detonujący bombę”, cytując za jakąś tam recenzją), robi to i umiejętnie, i, choć rzeczywiście z dupnięciem, to jednak delikatnie. Nie wydaje osądu. Choć nie, moment, wróć: akurat ta refleksja to tylko wybranych widzów nachodzi.   
No bo właśnie, problem (jak zawsze) leży w odbiorze. Jak bardzo lubię traumę i ciężkie, ważne filmy, tak bardzo nie lubię, gdy czarno-biali odbiorcy idą oglądać filmy w barwach szarości. Bo tej swojej czarnobiałej wizji świata na szarości przerobić po prostu nie potrafią, a (na nieszczęście) po seansie czują wielką potrzebę głośno krytykować: bo to przecież obraz niesłusznie oczerniający Polaków, podważający moralność, usprawiedliwiający bestialskie zachowania Ukraińców i krzywdzący prawdę historyczną. A dupa! Idąc tym tropem, każdy obraz Smarzowskiego (i nie tylko jego) jest jedną wielką zbrodnią na obrazie szlachetnego i wiecznie niesłusznie uciskanego Polaka. Bo przecież Polak w filmie – a już szczególnie w filmie polskim i historycznym – to musi być heroicznym Chrystusem narodów. Bo my nie nacja ludzi, my nacja aniołów. Nosz kurwa, nie wiem czy jest coś, co wkurza mnie we współczesnej polskiej kinematografii bardziej niż to kretyńskie założenie. Mnie te wszystkie filmy o wojennym heroizmie już dawno temu zaczęły nużyć brakiem odcieniów szarości (tj. autentyczności), i to głównie dlatego wzięłam się za bronienie W CiemnościPokłosia, a teraz Wołynia: bo to są filmy, które wnoszą coś nowego. Które łamią ten bzdurny stereotyp.
Według mnie, Wołyń wcale nie jest filmem o Ukraińcach mordujących Polaków, choć to, oczywiście, pierwsze co widz sobie koduje. Dla mnie to jest film o wiele głębszy, bardziej uniwersalny. Podobnie jak pisałam przy Pokłosiu: to bynajmniej nie jest film o narodowościach, to jest film o zbrodni. A w tym wypadku o zbrodni nacjonalizmu (jakiegokolwiek) i nienawiści (do kogokolwiek). Tak, Ukraińcy bestialsko zabijali Lachów, ale obszar ogarnięty nienawiścią, pluł nienawiścią z obu stron, co świetnie podsumowuje scena morderstwa siostry Zosi. Zbrodnia nie ma narodowości. Smarzowski nam (a przynajmniej mi) tym filmem przypomina, że nic nie jest – a już na pewno nie człowiek – wyłącznie czarno-białe.
I to właśnie za te odcienie szarości najbardziej go szanuję.
I dlatego jest więcej niż pewne, że na jego kolejnym filmie też mnie w kinie nie zabraknie.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz