INF [3.9.2017]: kadry sierpniowe. Wrzesień planuję wypełnić zaległymi zdjęciami. Powrót do regularnych postów (if ever) planuję na październik. Stay tuned.

31.12.2016

2016: kadry grudniowe

O ile listopad był miesiącem pełnym wyzwań, tak grudzień był miesiącem przepełnionym samymi przyjemnościami. Pogoda dopisywała (jakiś stosunkowo suchy ten Londyn tej zimy), a świąteczna atmosfera zachęcała do eksplorowania.

30.12.2016

Nie chcę utknąć na dnie

Pisałam już w tym roku o strachu i działaniu razem z nim (raczej niż wbrew niemu), oraz o moich – niby bezpodstawnych – obawach politycznych. Dziś przyszedł czas na obawy mentalne: mocno z głową, życiem i częstymi potknięciami związane. Nie wiem skąd się to wzięło: może zima i ta wszędobylska ponurakość na zewnątrz się ludziom jakimś sposobem do wnętrza wdarła, bo ostatnimi czasy, gdzie nie popatrzę (czy poczytam), tam jakieś nieszczęście. I, wbrew pozorom, wcale nie mówię o tych wszystkich politycznych kłótniach, uchodźcach i tragicznych śmierciach, ale o wewnętrznych dramatach poszczególnych, mniej lub bardziej bliskich mi jednostek, których nierzadko tłumiona rozpacz, smutek i zrezygnowanie przebijają się na powierzchnię i… mnie przerażają. A że wzroku od tego cierpienia tak po prostu odwrócić nie potrafię, to też od jakiegoś czasu tkwię w tym przerażeniu.  

24.12.2016

2016: Bristol & Cardiff

Początkiem grudnia odwiedził mnie w Londynie brat – mój długi weekend rozpoczęliśmy jednym z najlepszych koncertów w moim życiu (o tym w kadrach grudniowych), a dzień później wsiedliśmy w autobus, żeby dotrzeć do Bristolu, gdzie urzęduje aktualnie Norbert.
To był bardzo udany weekend.

17.12.2016

Ze szczytu łatwiej w przepaść

To, że nie jestem łatwym człowiekiem, wie każdy, kto kiedykolwiek podjął się próby zaprzyjaźnienia ze mną. A już najlepiej wiedzą o tym moi rodzice i brat, którzy mieli (nie)szczęście mieszkać ze mną pod jednym dachem przez długie lata. Jako człowiek impulsywny, gwałtowny, a przy tym nadwrażliwie emocjonalny, mam tendencję do przeskakiwania z jednej emocji do drugiej z prędkością światła: z histerycznego szlochu do zapierającego dech w piersiach, szaleńczego śmiechu i z powrotem, po drodze najpewniej zahaczając o mój ulubiony wkurw. Nikt nigdy nie nazwał mnie osobą spokojną – na pierwszy rzut oka czasem sprawiam wrażenie grzecznej i ułożonej (głównie przez okulary), ale to tylko pozory, które stosunkowo szybko obalam. Fakt faktem, moja ekspresywność często zaprzecza mojej mocno rozwiniętej introwertyczności, i odwrotnie, co jest źródłem niekończącego się chaosu – nie tylko w mojej głowie i życiu, ale również w życiu każdego, kto w jakimś tam stopniu pozwolił mi stanowić jego część.

12.12.2016

Ciężkie jest życie blondynki (IV)

Część pierwsza TU, druga TU, trzecia TUTAJ.



Bo:

Po pierwsze:
Na dwa „ostatnie” tygodnie w Krakowie przeprowadziłam się do mieszkania znajomych w ścisłym centrum, razem z koleżanką z pracy, Natalią – obie mamy blond włosy, więc guess what? Zgubiłyśmy telefon. To znaczy Natalia zgubiła, gdy, zagadane, prawie przejechałyśmy nasz przystanek. Zorientowała się w Rossmannie. A mi w międzyczasie (oczywiście) telefon umarł na śmierć, więc zdane byłyśmy na pomoc osób trzecich – zrobiłyśmy z siebie blondynki stulecia przed panem w akcesoriach do telefonów. Pomógł – telefon namierzyłyśmy na Hucie. Po powrocie do domu udało nam się nawiązać kontakt z osobą która telefon znalazła. Ponieważ czas naglił, Natalia już wychodziła z siebie (bo w ajfonie całe jej życie), a mojego telefonu w dziesięć minut naładować się nie dało, to do taksówki wsiadłyśmy z laptopem w plecaku. Wysadzono nas na jakimś kompletnym, nieznanym zadupiu między nowymi blokami, ale szczęśliwie po pięciu minutach czekania, dzwonienia i smsowania, pan wyszedł z klatki i oddał nam telefon, nawet nie chcąc niż w zamian. Bo widzicie, są jeszcze porządni ludzie na tym świecie.  

02.12.2016

Koniec wymówek

Od miesiąca mieszkam na ulicy o wdzięcznej nazwie Chapter Road. Wprowadzając się do tego maciupeńkiego pokoiku w północno zachodnim Londynie początkiem listopada, obiecałam sobie, że ta nazwa będzie moim zobowiązaniem. Że wreszcie, po godzinach, skupię się na pisaniu. I to pisaniu fikcji. Niestety, dni rozciągały się w tygodnie, a ja nie napisałam ani jednego fikcyjnego zdania. Codziennie przed snem powtarzałam sobie tylko „może jutro”. A przecież krąży gdzieś po Internetach taka piękna, czarna, minimalistyczna tapeta z białym napisem „sometimes later becomes never”. Znowu odkładam na później. Na nigdy…?