INF [16.7.2017]: w razie jakby kogoś martwiła moja nieobecność: wzięłam urlop od blogowania. Do września pojawią się tu (jeśli w ogóle) wyłącznie kadry i relacje z moich skromnych wojaży. Stay tuned.

24.12.2016

2016: Bristol & Cardiff

Początkiem grudnia odwiedził mnie w Londynie brat – mój długi weekend rozpoczęliśmy jednym z najlepszych koncertów w moim życiu (o tym w kadrach grudniowych), a dzień później wsiedliśmy w autobus, żeby dotrzeć do Bristolu, gdzie urzęduje aktualnie Norbert.
To był bardzo udany weekend.
Naszym pierwszym punktem w Bristolu był cydr i obiad w hiszpańskiej knajpie, a potem kameralny koncert Frightened Rabbit – wieczór ekstremalnie przyjemny.
Dnia następnego wsiedliśmy w pociąg i pojechali do Cardiff. A Cardiff mogło oznaczać tylko jedno:
…wizytę u przyjaciół z Torchwood…
…i w Tardis.

Mówiąc krótko: nasze whoviańskie serca zabiły mocniej.
Cardiff samo w sobie może wywarłoby na mnie lepsze wrażenie, gdybym nie musiała skupiać się na moich przemoczonych butach: pogoda była podle brytyjska.



Niedzielę zaczęliśmy po brytyjsku.
Piękne słońce nad Bristolem szybko zatarło mój niesmak z Cardiff.


Przypadkiem trafiłam na charytatywny bieg mikołajów.





Bardzo malownicze miasto.

Wycieczka nie obeszła się bez kawy…
… i zajebistego, grzanego cydru.

Trochę przypadkiem zjadłam też najlepszą pizzę w życiu.


Zrobiłam też drugie podejście do mojego punktu z Bucket listy (fałszywe imię w Starbucksie), ale to zakończyło się epickim fiaskiem...
Nie udało mi się zobaczyć wszystkiego, ale jestem pewna, że do Bristolu jeszcze niebawem zawitam, szczególnie, że wiem, że mam się gdzie zatrzymać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz