INF [3.9.2017]: kadry sierpniowe. Wrzesień planuję wypełnić zaległymi zdjęciami. Powrót do regularnych postów (if ever) planuję na październik. Stay tuned.

02.12.2016

Koniec wymówek

Od miesiąca mieszkam na ulicy o wdzięcznej nazwie Chapter Road. Wprowadzając się do tego maciupeńkiego pokoiku w północno zachodnim Londynie początkiem listopada, obiecałam sobie, że ta nazwa będzie moim zobowiązaniem. Że wreszcie, po godzinach, skupię się na pisaniu. I to pisaniu fikcji. Niestety, dni rozciągały się w tygodnie, a ja nie napisałam ani jednego fikcyjnego zdania. Codziennie przed snem powtarzałam sobie tylko „może jutro”. A przecież krąży gdzieś po Internetach taka piękna, czarna, minimalistyczna tapeta z białym napisem „sometimes later becomes never”. Znowu odkładam na później. Na nigdy…?


Ewolucja (jakakolwiek, ale tu głównie personalna) to niby powolny proces. Ale trudno nazwać ewolucją coś, co się w żadnym stopniu do przodu nie posuwa; coś, co odkłada się z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc, a w efekcie z roku na rok.
Czas z tym skończyć. Najwyższy.
Postawmy sprawę jasno: nic nie dzieje się bez przyczyny. Moja chujowa przygoda ze studiami podyplomowymi (i.eedytorstwem) może zabrała mi 4 tysiące złotych, za które mogłam sobie spierdolić na drugi koniec globu, ale who the fuck knows, może taka właśnie była cena wniosków, do jakich dzięki niej doszłam. Bo dotarło do mnie na przykład, jak bardzo chciałam wtedy (gdy się na te studia decydowałam) uciekać. Uciekać przed przyszłością, przed niewiadomą, przed tym przerażającym, „dorosłym” życiem. Tutaj (w Krakowie) było bezpiecznie, znajomo, i wszystko tak jak Bozia przykazała. No i tylko po drodze wyszło jak zawsze: gunwo. Bo studia mnie zawiodły, a samo studiowanie do cna znudziło.
To, że chciałabym wyjechać, może trochę świat pozwiedzać, wrócić na dłużej w miejsca, które skradły moje serce, obijało mi się o czaszkę już przez – nie przesadzając – długie lata. Najpierw były to wyłącznie nieosiągalne, wybujałe marzeń, potem nierealne plany, aż w końcu (tj. teraz) przyjęły postać majaczących na horyzoncie celów.
Decyzję (tą wewnętrzną), że na pewno z Polski na jakiś czas wyjeżdżam, podjęłam gdzieś w styczniu i powoli (acz konsekwentnie) zaczęłam drążyć kroplą w skale: planować, odkładać pieniądze, pozbywać się kolejnych zobowiązań i hamujących mnie relacji. Choć nie bez turbulencji, konsekwentnie czołgałam się w kierunku obranego celu. Pierwszy poważny krok wykonałam w sierpniu: kupiłam bilet. Drugi w październiku: obroniłam się i pożegnałam z Krakowem. I początkiem listopada wylądowałam tam, gdzie chciałam (w Londynie), osiągając to, co chciałam (pokój, pieniądze / pracę, nowe środowisko).
Najwyższy czas na kolejny krok. Krok, który powinnam była zrobić już dawno, a który nieustannie wstrzymywałam kolejnymi racjonalnymi, „przemyślanymi” wymówkami. Dość mówienia sobie „nie teraz”, „potem”, „dopiero jak”. Siadam dziś, teraz, i piszę. Książkę. Pierdyliard artykułów. Bloga po angielsku. Czas się, kurwa, rozwijać, w tym, co od zawsze tkwiło we mnie, ale nigdy nie byłam gotowa powiedzieć tego głośno.
Ja chcę pisać. Nic więcej. Pisać, pisać, pisać.
I może robić zdjęcia. I trochę projektować.
Ale przede wszystkim pisać.  
Więc najwyższy czas przekuć słowa w czyny i zacząć pisać.
Tą cholerną fikcję.

4 komentarze:

  1. Kibicuję bardzo :D
    Trzymam mocno kciuki i jakby kto pytał, to mów, że jestem pierwszym true fanem :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Dla mnie to czasami jestes lepsza niz Chodakowska!

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak bys nie miała weny albo miała jakiś problem - weź SYNTHO :d ono poradzi sobie z każdym problemem :D

    OdpowiedzUsuń