INF [21.6.2017]: o mojej szkockiej miłości! Następne wjeżdżają zdjęcia z St Andrews (#soon). Stay tuned.

31.07.2016

2016: kadry czerwcowo-lipcowe

Skromnie bardzo, bo prawdziwych zdjęć (tj. takich z lustrzanki, a nie telefonu) ostatnimi czasy robię bardzo mało (various reasons). Tak czy siak: enjoy.
Szerzej o moim wypadzie do Pragi przeczytacie TUTAJ.

29.07.2016

Potter- head, arms and legs

Wszyscy wokół grają w Pokemon Go i pytają mnie jak długo żyłam pod kamieniem, że nigdy tej kreskówki nie oglądałam. Cóż, rodzice robili ze mnie hipstera od lat najmłodszych i oglądanie Polsatu było w naszym domu surowo zabronione. Owszem, pamiętam kapsle z chipsów i monotematyczne rozmowy na przerwach w podstawówce, których nie mogłam zrozumieć. Ale jakoś nie uważam, żeby cokolwiek mnie przez to ominęło.
Bardzo chętnie bym się dziś z tej obsesji dorosłych ludzi na punkcie łapania dziwacznych, kieszonkowych potworków z kreskówki wyśmiewała, gdyby nie to, że na przestrzeni ostatniego tygodnia dobitnie przypomniałam sobie, co ja robiłam, gdy na scenę w moim życiu wkroczył Harry Potter. O mamciu! Moja obecna obsesja na punkcie Muse wydaje się przy tym niczym… a to już chyba coś mówi, prawda?
Po mojej wizycie w WB studio w Londynie poprzysięgłam sobie, że jak tylko wrócę do domu (gdzie na półce stoją wszystkie Potterowe filmy i książki, ofc) to obejrzę ponownie wszystkie części. I tak też zrobiłam: wróciłam i (korzystając z cholernego przeziębienia) w siedem dni obaliłam wszystkie części razem z materiałami dodatkowymi, od deski do deski. Teleportacja do magicznej przeszłości! No i ta sentymentalna łezka w oku.

22.07.2016

Skazani na wolność

Sartre (ten mój ulubiony filozof, o którym się już tutaj rozpisywałam) twierdzi, że człowiek „skazany jest na wolność”. Co prawda chwilę później sprostował swoje obserwacje, słusznie zaznaczając, że w tej swojej wolności człowiek jest jednak – jako istota społeczna – ograniczony, ale samemu istnieniu wolności od której trudno uciec nigdy nie zaprzeczył.  
Bo jesteśmy skazani na wolność. Wolność wyboru. Lub jego brak. Bo brak wyboru to też jakiś wybór. Oj tak, kocham ten slogan: skazani na wolność!

15.07.2016

Ciężkie jest życie blondynki (III)

Część pierwsza TU, druga TUTAJ.
Bo:

Po pierwsze:
Piątek z początku listopada 2015: pamiętny, bo wychodząc z domu można było pogryźć powietrze – większego smogu od tamtego czasu jeszcze nie doświadczyłam. Przestrzegali żeby zostać w domu, ale bilet na koncert już dawno kupiony, Lao Che czeka, więc wychodzę. W szarą, gęstą mgłę, z szalikiem na ustach, jak zwykle lekko spóźniona i niepoprawnie zamyślona, żwawym marszem zbliżam się do przystanku. Przeprawiam się przez dwieście metrów gnoju i błota, które już jakiś czas temu powinno zamienić się w nowy chodnik, w moich świeżo wypastowanych, ukochanych butach. Trzymam się dzielnie, powtarzając sobie, że są większe nieszczęścia. Do momentu jak nie dociera do mnie, że nie mam w torebce biletu.
Dwieście metrów błotem w drugą stronę i już tej wiązanki przekleństw nie hamuję, bo przecież się udławię. Ale to i tak nie koniec historii, bo jadąc tym późniejszym tramwajem, tak bardzo tonę w swoim nieszczęściu, że przejeżdżam odpowiedni przystanek, wysiadam, gubię się w nieznanej okolicy, mgle i bez żywej duszy, która wskazałaby mi do Fabryki drogę… cud, że zdążyłam zanim Lao Che weszli na scenę.

08.07.2016

Warto w Krakowie: iść na kawę

Cz. I: TU,   Cz. II: TU,       Cz. III: TU,     Cz. IV: TU,      Cz. V: TU.  

Po kawiarenkach i pubach chodzę często i gęsto, bo co drugi tydzień, razem z sekcją naszego koła spotykamy się w innym miejscu by omawiać nasze prace. Poniższa lista propozycji na relaks przy kawie składa się wyłącznie z miejsc, do których wróciłam i wracać wciąż zamierzam.  

Massolit (Felicjanek)
Moja ulubiona kawiarenka w Krakowie, z oczywistych powodów: jest przepełniona angielskimi książkami, które można przeglądać, czytać i kupować (za naprawdę dobrą cenę). Raj dla anglofila. Poza tym mają niezłą kawę i najlepsze carrot cake na świecie (rzekomo najlepszego próbowałam w Pradze, ale wcale nie było lepsze od tego z Massolitu). 

01.07.2016

The art of letting go

Mam w pokoju szafę, a w tej szafie ciuchy. Ciuchów zdecydowanie więcej niż faktycznie noszę. I przy każdym większym sprzątaniu zawsze kłócę się z mamą, która twierdzi, że wszystko czego chcę się pozbyć (oddać potrzebującym zazwyczaj) „jeszcze się przyda”. Głucha jest na moje argumenty, że jak czegoś nie włożyłam na siebie przez ostatnie dwa lata, to tym bardziej nie założę za rok. „A skąd ja to niby wiem?” No właśnie sęk w tym, że wiem.
Zastanawiam się czasem jak to możliwe, że mi wystarczyły raptem dwa lata w Krakowie, żeby przekonać się do zasadności minimalizmu (do którego i tak jest mi bardzo daleko), a mojej mamie dziesiątki lat nie pomogły nauczyć się walczyć z bzdurnym chomikowaniem.
Powiecie, że rozchodzi się o sentyment, ale to bzdura. Można być sentymentalnym i nie gromadzić wokół siebie miliona przedmiotów. Sentymenty całkiem dobrze operują w sferze wspomnień, które świetnie zapisuje dziś komputer, fotografia lub długopis na kartce papieru. Stare spodnie, w które nie wchodzisz, spódnice, których nigdy już nie założysz i przedmioty, których nigdy już nie użyjesz, tylko zagracają twoją przestrzeń, którą mógłbyś przeznaczyć na coś nowego, kto wie czy nie lepszego właśnie.
I sprawa ma się analogicznie z ludźmi i relacjami.