INF [20.11.17]: ręka, co prawda z ograniczeniami, ale już działa, więc szykuję mały foto-spam.

17.11.2017

2017: Cambridge

Bilety do Londynu na początek września kupiłam w jednym celu: chciałam zaliczyć Buckingham Palace, korzystając z uprzejmości Pana Krzyśka (dziękuję!). Ponieważ Londyn nie wprawia mnie już w taką ekscytację jak kiedyś, drugi dzień postanowiłam wykorzystać na eksplorowanie jakiegoś nieznanego mi zakątka Anglii (jak już wiecie, lista moich miast do zwiedzania w UK jest długa). Przez chwilę myślałam o Brighton, ale ostatecznie zdecydowałam się na Cambridge.
Wyboru nie żałuję, choć ta wycieczka dobitnie mi uświadomiła, że czasy studenckie już za mną – Cambridge bez legitki jest piekielnie drogie. Zasadniczo zwiedzanie tych słynnych uczelni się kompletnie nie opłaca. Wolałam za te pieniądze iść na obiad. Albo kawę z ciastkiem. Na szczęście Cambridge poza murami uczelni też jest urocze.

10.11.2017

2017: Belfast

Belfast Vital był moją szczęśliwą alternatywą tegorocznego Glastonbury, na które, jak zwykle, nie miałam za co i z kim jechać. Moja jedyna szansa na zobaczenie moich muzycznych Bogów w tym roku! A że przed moimi Bogami miało zagrać Biffy Clyro (swoją drogą stąpający Muse po piętach) i Nothing But Thieves (których pierwszy raz słyszałam w Paryżu i którzy, póki co, zapowiadają się na świetny zespół), bilety kupiłam bez mrugnięcia. Dla siebie i brata. Z pełną świadomością, że moje gardło na pewno nie wyjdzie z tego cało.
A przy okazji zwiedziłam (trochę po łebkach, ale jednak) kolejne brytyjskie miasto.

05.11.2017

2017: Bath

Moja lista miast do zwiedzenia w UK jest generalnie dość długa. Moje odwiedziny w Bath (którego oczywiście na tej liście nie zabrakło) wyszły trochę przypadkiem. W kwietniu Norb zakupił nam bilety do Werner Bross Studios (bo sam jeszcze nie był, a ja tam będę chętnie wracać przy każdej nadarzającej się okazji, bo jestem Potter-head pełną gębą), ale w Londynie spędziliśmy tylko dzień – pozostałe dwa w Bristolu. A że Bristol miałam już z grubsza obcykany (fotorelacja do wglądu tutaj), to padło na położone niedaleko, słynne Bath.
Poniżej jednak kadry z całego weekendu, nie tylko Bath.

31.10.2017

2017: kadry październikowe

Wydawało mi się, że niewiele mam wam do pokazania, ale po przebrnięciu przez tych kilka październikowych folderów, zmieniłam zdanie. To był bardzo intensywny miesiąc, głównie dlatego, że mój ostatni w Edynburgu (przynajmniej na jakiś czas).
Trochę się odchamiałam, trochę pisałam, dużo eksplorowałam (starałam się wykreślić z mojej edynburskiej listy jak najwięcej pozycji) i żegnałam się z pracą w hostelu, za którą już trochę tęsknię (rzecz jasna, przez spotkanych tam ludzi).

27.10.2017

Za okularami

Gdy zaczęłam pracować w kawiarni w Londynie, moi serdeczni, nowi koledzy trochę zbijali się z moich okularów, twierdząc, że jak je ściągam, to staję się zupełnie inną osobą. Żart żartem, ale trochę prawdy w tym jest. Nie tyle o mnie samej, co takiej życiowej, o wszystkich. Bo przecież każdy z nas nosi jakieś „okulary”. Pozorne, które często mylą.  

20.10.2017

2017: Dublin

O Dublinie dochodziły mnie różne słuchy: jedni wracali nim zachwyceni, drudzy mocno zawiedzeni, więc moja ciekawość (i idąca za nią potrzeba wyrobienia sobie własnej opinii) stopniowo wzrastała. Podejść do tego wyjazdu miałam kilka, ostatecznie wykorzystałam stan przejściowy pomiędzy jedną pracą, a drugą, i końcem czerwca zapowiedziałam się u kuzyna mojej mamy (który mieszka pod Dublinem) z wizytą.
Po samym Dublinie przemieszczałam się solo, w irlandzkiej mżawce (choć z lotniska żegnał mnie już słońcem).

13.10.2017

Broken machine

Nie bez powodu tytuł tego posta pokrywa się z najnowszą płytą Nothing But Thieves (swoją drogą polecam chłopaków serdecznie): bowiem jak każdy kryzys przed nim, tak i ten ma swoją theme song.
Przekroczyłam w tym roku magiczną dwudziestkę szóstkę: zniżek już nie mam, moje rodzicielskie ubezpieczenie wygasło, do muzeów w Paryżu na dowód już nie wejdę, a i super zniżki na Fringe’a obeszły mnie bokiem. Jeszcze chwila i będę za stara na młodzieżowe hostele. Panika znienacka zagląda mi w oczy: spiesz się, czas ucieka, życie marnujesz! Z prawa i lewa docierają groźne głosy, że pasowałoby się jakoś poważniej tym jestestwem zająć.
Oddech mi się spłyca, ręce pocą, a głowa od stresu nieprzyjemnie pulsuje.
Nie wiem, co jest grane, ale nie podoba mi się ta melodia.

30.09.2017

2017: kadry wrześniowe

Może niewiele udało mi się we wrześniu osiągnąć (szczególnie w kwestii życiowo-mentalnego bałaganu), ale i tak zaliczam go do udanego miesiąca.
Był czas na rozrywkę w doborowym towarzystwie, na pisanie przy kawie (mój najnowszy, jeszcze raczkujący, nawyk – docelowo ma mi pomóc ogarnąć mentalny bałagan właśnie), spacery, a nawet relaksacyjny alkohol.

31.08.2017

2017: kadry sierpniowe

To jakaś nowa tradycja chyba, że pieprzone depresje i kryzysy (w przeciwieństwie do złamanego serca – wolałabym!) nawiedzają mnie w okresie letnim. I nie, wbrew pozorom to wcale nie jest kwestia szkockiego klimatu! Zimne i wietrzne lato mi specjalnie nie wadzi. W Edynburgu w ogóle niewiele rzeczy mi fizycznie wadzi. Kocham to miasto!
Patrząc na to wszystko z wierzchu, powodów do kryzysów i depresji nie mam (taki już urok tych kryzysów, że są kompletnie niewidzialne – tudzież niewytłumaczalne – dla otoczenia). Edynburg w sierpniu tętnił życiem (i tonął w dzikich tłumach), z czego sama trochę skorzystałam, choć nie w takim stopniu, w jakim to pierwotnie planowałam.

20.08.2017

2017: St Andrews

W St Andrews wylądowałam z polecania pana Krzyśka (dziękuję), bo fanką golfa bynajmniej nie jestem. Ale względnie udane zdjęcie słynnego most(k)u jest.
Generalnie wyboru nie pożałowałam – względnie niedaleko od Edynburga, na jednodniowy wypad (w moim wypadku solo), to miejsce zdecydowanie warte rozważenia.

31.07.2017

2017: kadry lipcowe

W lipiec wbiegłam z mentalną zadyszką, która szybko przerodziła się w nieprzyjemny, przewlekły mentalny stan zapalny. Na szczęście z pomocą przyszła fajniejsza praca, brat i lody z Haagen Dazs na promocji – pomagały, choć niewątpliwie tylko powierzchownie.
Tak czy siak, lipiec nie był zły.

30.06.2017

2017: kadry czerwcowe

Czerwiec zleciał szybko. Nie obeszło się bez stresów, nerwów i znaczących zmian. Było intensywnie. Na zdjęcia za bardzo czasu nie miałam, ale kilka kadrów standardowo zebrałam.
Wydarzeniem miesiąca była moja bardzo krótka i intensywna wizyta w Polsce: niby urlop, niby fajnie, a w gruncie rzeczy wróciłam bardziej zmęczona niż wypoczęta…

27.06.2017

Taka już jestem?

To będzie tekst wysoce skażony hipokryzją, bo sama używam tej wymówki nagminnie, najczęściej w odniesieniu do mojego wulgarnego (i impulsywnego) sposobu wyrażania się. Bo taka już jestem(wulgarnie gwałtowna) i jak ci to nie pasuje, to na drzewo dziuple czyścić, bo prędzej wypolerujesz dzięciołowi chatę na błysk niż  coś tu wskórasz. Bo zmieniać to ty sobie możesz co najwyżej siebie.
A no i właśnie. Moja ukochana samo-świadomość znowu kłania się wszystkim nisko. Powiedzieć “taka już jestem” to nic złego, o ile tylko świadomi jesteśmy jaki sygnał wysyłamy. I o ile nie kopiemy nim pod sobą kolejnego, malowniczego dołka. A w moim skromnym odczuciu rzadko kiedy ktokolwiek zdaje sobie sprawę z tego jak bardzo samemu sobie przeczy (ze mną włącznie, nie myślcie sobie).

21.06.2017

Mój magiczny Edi

Opisując moją podróż do Edynburga w 2014, przynajmniej dwukrotnie napisałam pod zdjęciami, że to „na pewno” nie była moja ostatnia wizyta w tym mieście. Słowa sobie dotrzymałam i wróciłam: w teorii na trzy miesiące, w praktyce okazuje się (póki co), że na dłużej. Gdy leciałam ostatnio na kilka dni do Polski, widząc to „moje” miasto i oddalającą się Szkocję z góry, przeszło mi przez myśl (nie po raz pierwszy zresztą), że naprawdę mogłabym nazywać to miejsce domem. Powrót wyglądał podobnie: choć lądowaliśmy już bliżej północy, niebo wciąż jeszcze ziało niesamowitymi kolorami od strony zachodu, fundując niezapomniane widoki na moją ukochaną wyspę. Może mam jakieś nienaturalne szczęście do tutejszych warunków pogodowych, ale naprawdę trudno mi przypomnieć sobie piękniejsze widokówki. Edynburg i Szkocja bez wątpienia kradną moje serce. Z dnia na dzień coraz bardziej.

Powody, dla których nie chcę się stąd na razie ruszać, mnożą się wprost proporcjonalnie do spędzonego tutaj czasu – i dziś trochę o nich.

09.06.2017

2017: The Hairy Coo Tour

Odkąd poznałam co to podróżowanie na własną rękę (acz niekoniecznie samemu), unikam zorganizowanych wycieczek jak ognia. Dla tej z The Hairy Coo zrobiłam wyjątek z dwóch powodów: po pierwsze była za darmo, a po drugie polecił mi ją brat, który wrócił z niej (razem z Mają) bardzo zadowolony. Namówiłam więc Magdę i w ostatni weekend maja wsiadłyśmy w pomarańczowy autobus podbijać wyższe regiony Szkocji.
Choć nie była to wycieczka wybitnie fajna, to (podobnie jak mój brat), wróciłam z niej całkiem zadowolona. Przy wszystkich minusach z grupowym zwiedzaniem związanych, było to całkiem udane, krótkie wprowadzenie do highlandsów.

04.06.2017

Extremes are easy

W którymś podcaście Włodka Markowicza (za dużo ich było żebym pamiętała w którym, a słucham każdego) padło nazwisko gościa (Colin Wright), który odważnie wdepnął w minimalizm. Zainteresowana, wrzuciłam go w wyszukiwarkę youtube’a i wyskoczyło mi video z TEDa pt. ‘Extremes are easy’, który z automatu dodałam do mojej watch later listy. Bo tytuł obiecywał temat, który już od bardzo długiego czasu się we mnie kotłował. Zanim więc kliknęłam play, miałam wobec niego oczekiwania. I nadzieję.

31.05.2017

2017: kadry majowe

Maj był piękny, choć pod wieloma względami dla mnie ciężki (ale o tym ciężarze rozpiszę się przy innej okazji, bo to będzie szerszy temat). Szczerze mówiąc, aparatu nie ciągałam ze sobą zbyt często, ale słonecznych, wiosennych kadrów i tak trochę uzbierałam.  
Jednym z głównych punktów maja była kilkudniowa wizyta Moni i Seby w stolicy Szkocji. Długo przekonywać ich nie musiałam, zakochali się po uszy bardzo szybko.  

26.05.2017

Wietrz głowę

Poszłam wczoraj po pracy na długi spacer, żeby przewietrzyć głowę (wpuszczając do uszu wyłącznie śpiew ptaków, szum wiatru i ewentualnie Matta przekonującego że “you will find a way”) i doszłam do wniosku, że najwyższy czas przerwać tę niepisaną zmowę milczenia. Bo jak coś ma mi pomóc to pisanie właśnie. Nie tyle dla was, co dla siebie (choć jak ktoś coś z tego dla siebie wyniesie to też super). Mówiąc krótko: nie jest dobrze (żeby nie powiedzieć źle, bo to zazwyczaj tylko prowokuje gorzej). Mam przedłużające się problemy ze zdrowiem (spokojnie, nie umieram, i pewnie niebawem szerzej o tym napiszę), które rzutują na coraz więcej aspektów mojego życia i kompletnie mnie blokują. Głównie mentalnie.

20.05.2017

2017: Aberdeen & Inverness

Aberdeen i Inverness były planem na trzeci (z rzędu!) weekend z Jakubem w Szkocji. W myśl zasady: korzystaj póki jest. Bo tydzień później wrócił do Polski na święta, które ja spędziłam z Irene, po raz kolejny obchodząc turystycznie Edynburg. Kuba, z jakiegoś powodu miał cholerne szczęście do pogody – niby Szkocja, a pokropiło nam tylko trochę w ostatnią niedzielę… i to jak jedliśmy obiad w uroczym pubie.
I owszem, Kuba się wyrabia i robi mi coraz lepsze zdjęcia!

06.05.2017

"Nie potrafię sama"

Jak już kiedyś wspomniałam: lubię i potrafię być sama.
Ale jak to? Sama? Słyszę czasem z prawa i lewa.
Niektórym w głowie się nie mieści, że można samemu iść do kina, muzeum, na wernisaż i do teatru. Że można iść samemu do restauracji, pubu i kawiarni. Że można samemu gdzieś wyjechać, na dzień, dwa, tydzień, miesiąc. Dla jednych robienie czegoś w pojedynkę jawi się jak porażka życia, dla innych jest przejawem odwagi, ale jedni i drudzy reagują mniej więcej tak samo: zdziwieniem. Bo jak to tak? Całkiem sama? Naprawdę?  
Ja bym sama nie mogła. Ja tak chyba nie potrafię.
No i fajnie: pozazdrościć tych tabunów znajomych, wyrozumiałego faceta i twojej anielskiej cierpliwości (której ciągłe przebywanie z ludźmi raczej wymaga), bo zakładam, że dysponujesz przynajmniej jednym z tej listy jeśli dziwi cię moje działanie w pojedynkę. Bez ironii, serio mówię: zazdro jak skurczybyk! A to wszechobecne zdumienie – czy to podszyte niesmakiem czy podziwem – można bardzo szybko zniwelować. Bo, drogi zdziwiony czytelniku, pomyśl nad tym chwilę i postaw się teraz w mojej sytuacji.

30.04.2017

2017: kadry kwietniowe

Czy tylko ja odnoszę wrażenie, że kwiecień minął pięć razy szybciej niż marzec, czy to może jakieś powszechne zjawisko? Ledwie się marzec zaczynał, a tu bach, koniec. Owszem, było intensywnie, i to nie tylko (niestety) w tym pozytywnym sensie… ale przetrwałam, maj przed nami, można zaczynać walkę od nowa. Z nowym, pozytywnym podejściem.
A na kadrach wyłącznie piękne chwile kwietnia!

24.04.2017

2017: Stirling & Conic Hill

Druga część naszej wczesno-kwietniowej wycieczki (pierwsza TU) była inicjatywą Norberta, choć tym razem bez jego typowego, uprzedniego, skrupulatnego planowania: działaliśmy trochę na żywioł, starając się dostosować do kapryśnej, szkockiej pogody. Wyszliśmy na tym wcale nie najgorzej. Ale niestety bez Jakuba, który musiał pracować.
Na poniedziałek zapowiadali deszcz, więc za cel obraliśmy sobie zamek w Stirling, a że we wtorek słońce miało wyglądać zza chmur, to wybraliśmy się nad Loch Lomond.

21.04.2017

Customers sins

Wszyscy znamy złotą zasadę obsługi klienta: klient ma zawsze rację, nawet jeśli jej nie ma. I wszystko fajnie dopóki sam jesteś klientem. Patrzysz na to trochę inaczej, gdy samemu przychodzi ci stać za tą kasą / siedzieć za biurkiem. Klient nasz Pan! I zmora.
Jak wszystkim wiadomo, pracując z ludźmi automatycznie narażamy się na obcowanie z debilizmem: tak było, jest i zawsze już będzie. Taka zależność: gdzie człowiek tam i debilizm. Pracuję w obsłudze klienta od prawie dwóch lat (ponad rok w hostelu, i niebawem będzie pół roku w coffee shopie) i powiem wam jedno: bardziej od tego szerzącego się w gatunku ludzkim debilizmu, wkurwia mnie jednak wszechobecne chamstwo. Które w zachowaniach przy kasie / recepcji jest na tyle częste, że można je sobie podzielić na kategorie. I jestem prawie pewna, że każdy, kto pracuje (bądź pracował) w podobnej działce (czy to w banku, sklepie, restauracji, hostelu czy na help desku), znajdzie w opisanych przeze mnie typach również swoich rozmówców.


Oto cztery typy klientów, których zachowanie odrzuca mnie na kilometr.

17.04.2017

2017: Glasgow

Do Glasgow pojechałam częściowo dlatego, że chwilowo mieszkał tam Jakub (i.e. miałam gdzie spać), częściowo dlatego, że fundowałam wizytę w Glasgow mojemu bratu na urodziny, a częściowo dlatego, że wybierał się tam Norbert. Umówmy się: mieszkając w Edynburgu, bardzo trudno jest docenić Glasgow (i w ogóle jakiekolwiek inne miasto). Nie będę jednak brutalna: choć ogólnie Glasgow mi się nie podobało, to ma jednak swoje „momenty”, które – mam nadzieję – ujęłam na poniższych zdjęciach.
Zdjęć, jak się okazało, zrobiłam więcej niż mi się wydawało.

08.04.2017

Nie masz chłopaka!?

Na wstępie, żeby była jasność: przez zdecydowaną większość mojego życia nie odczuwam szczególnego napiętnowania z powodu bycia “bez pary”. Otaczam się raczej ludźmi, którzy nie widzą w tym nic złego (tudzież nienormalnego). Zasada jest bowiem prosta: jeśli ktoś widzi w tym problem, to wypada z mojego kręgu. Ocierałam, ocieram i pewnie zawsze będę się już jednak ocierać o ludzi, którzy w procesie poznawania mnie, dają po sobie (czasem bardzo dosadnie) poznać, że nie- bycie w związku, ba, nie posiadanie związkowej przeszłości nie jest dla nich stanem normalnym. Niektórzy gotowi byliby się kłócić, że to trzeba leczyć.

31.03.2017

2017: kadry marcowe

Gdy w Londynie zaczęło mnie ciągnąć do zmiany otoczenia na trochę spokojniejsze (i tańsze), wybór (oczywisty) padł na Edynburg. Jak wszystkim zapewne wiadomo, w Edynburgu zakochałam się (na zabój) latem 2014 roku (prześledzić mój zachwyt można na zdjęciach tututu i tu): do dziś śmiem twierdzić, że to była najcudowniejsza wycieczka w moim życiu. Bo mimo że po niej było już wiele innych, równie ekscytujących, to jednak żadna nie niosła ze sobą takiego emocjonalnego bagażu i znaczenia jak Edynburg. O ile Londyn 2013 był moim pierwszym przełomowym krokiem, tak Edynburg bez wątpienia był drugim. Kto wie czy nie ważniejszym.
Póki co, decyzji o spędzeniu tu kilku miesięcy nie żałuję. Wręcz przeciwnie: z dnia na dzień zakochuję się w tym mieście coraz bardziej. Na tyle, że myślę o zostaniu do końca lata.

26.03.2017

Kobieta

Nie była pewna siebie, nigdy. Od lat nie czuła na sobie spojrzeń mężczyzn. Nie dostrzegała ich, bo sama nie czuła się w pełni kobietą. Od kilku lat żyła w cieniu koleżanek: nie czuła potrzeby, żeby zabłysnąć, nie chciała się wyróżniać. Ale tego dnia postanowiła iść na zakupy. Takie, jakie za grube pieniądze robiły sobie jej koleżanki. Postanowiła wydać wszystko, co zarobiła w tym miesiącu. Odwiedziła wszystkie najdroższe butiki w mieście, które – do tej pory – nigdy jej nie gościły. Przymierzała drogie sukienki, eleganckie żakiety i dystyngowane chusty. Długo przeglądała się w wielkich, nienaturalnie wyszczuplających lustrach i cierpliwie wysłuchiwała fałszywych zachwytów ekspedientek nad jej figurą.

17.03.2017

Zaobserwowane w Londynie

W Londynie spędziłam szczęśliwe, trzy miesiące mojego życia. Ten okres był dla mnie swoistego rodzaju stadium przejściowym, zarówno w kwestii życiowych etapów, jak i mentalnych przemian: odczuwałam bardzo dużą potrzebę pobycia z samą sobą i chyba nie mogłam sobie lepiej wybrać, bo trudno o bardziej idealne miejsce do bycia samotnym (w tym pozytywnym sensie) niż Londyn. Ale chodźmy może po kolei, bo subiektywnych, londyńskich obserwacji przez te trzy miesiące uzbierałam dla was kilka.

06.03.2017

Ulga

Niemało pisałam już tutaj odpuszczaniu, bo zaraz obok moich ostatnio uwielbianych zmian, jest to najbardziej zajmujący mnie temat. O którym, tak od czasu do czasu, lubię sobie z kimś pogadać. Wiecie, skonfrontować swoje odkrycia i przekonania z odkryciami i przekonaniami innych. Niedawno zdarzyło mi się to zrobić przy barze w maciupkiej, francuskiej, uroczej, alpejskiej wiosce: sącząc sobie białe wino, razem z przyjacielem radośnie (i zgodnie) wzdychaliśmy na wspomnienie ulgi, jaką w naszych (bardzo różnych) życiach przyniosło… odpuszczanie właśnie. Mentalne, podkreślmy.

28.02.2017

2017: kadry lutowe

Luty był miesiącem w dużym stopniu przejściowym: z Londynu przeczołgałam się przez Kraków, Rzeszów, Tarnów i Trzy Doliny do Edynburga, spełniać kolejne marzenie z mojej Bucket Listy. Intensywny i bardzo przyjemny czas.
Zgodnie z radą zza drzwi w pracy: cieszę się samą podróżą.

24.02.2017

2017: Les 3 Vallees

To będzie relacja bardzo monotematyczna: góry, góry, narty i góry. O tym dlaczego wszystkim narciarzom gorąco polecam Alpy, można poczytać TUTAJ. Widokówki / relacje z innych alpejskich zakamarków można przejrzeć TUTU i TUTAJ.
Ten wyjazd planowałam odkąd Michał powiedział „Ania, no to przyjedź, będziesz miała gdzieś spać i gdzie się napić”. Że francuskie Alpy są generalnie drogie, a druga taka okazja mogła się już nie powtórzyć, toteż dwa razy powtarzać nie musiał. Początkiem grudnia w Bristolu kupiłam bilety lotnicze do Genewy, początkiem lutego przekonwertowałam trochę funtów na euro i plan konsekwentnie zrealizowałam: francuskie Alpy zaliczone. A dla was standardowa foto-relacja z ponad czterdziestoma (!) kadrami.
Bo, oj, w Trzech Dolinach zdecydowanie było na czym oko zawiesić.

17.02.2017

O tym jak nic nie napisałam

Wiecie jak to jest – samemu sobie najłatwiej być krytykiem. Przez ostatni rok wystrzeliwałam postami co piątek, jak z karabinu maszynowego. Poślizgi zdarzały mi się tylko wtedy, gdy w natłoku wydarzeń, mej uwadze umknął fakt, że mamy piątek (co z racji szalonego rytmu pracy w hostelu, było zjawiskiem częstym), a publikacja tekstu nie została zaplanowana z odpowiednim wyprzedzeniem. Traktowałam te opóźnienia jako osobiste porażki, bo blog był jedną z rzeczy, które chciałam od początku do końca robić dobrze. Rozumiecie, taka moja chluba i chwała. Piątek, w którym nic nie opublikowałam, miał być jednym z takich poślizgów właśnie – ot, w piątek czasu nie ma, więc doszlifuję post w sobotę i wszyscy szczęśliwi. Tylko że w sobotę usiadłam do komputera i uznałam, że nic się do publikacji nie nada, a po łebkach to ja niczego robić nie będę, bo przecież nie o to mi w tym wszystkim chodzi. Zamknęłam więc komputer i cierpliwie czekałam na istne tsunami zwyczajowych wyrzutów sumienia. Które nigdy nie nadeszło.

10.02.2017

2017: Faro

To nie był wyjazd przeze mnie planowany, na Bucket Liście tego nie miałam (mam za to Porto), ale przy jego okazji i tak jedną pozycję wykreślić mi się z niej udało. Ten wyjazd był inicjatywą Norberta, który, jeszcze pod koniec października zeszłego roku, po tym jak załatwił mi pracę w Londynie, zapytał czy nie pożałowałabym 25 funtów, żeby polecieć z nim do Portugali. Nie mogłam odmówić. Futnów nie pożałowałam, wyjazdu tym bardziej.
To był, easily, jeden z najlepszych wypadów w moim życiu. Kadrów mam dla Was dużo (sześćdziesiąt!), bo Portugalia mnie dość mocno zauroczyła.

04.02.2017

You count, mate

Siedząc kiedyś przy kawie u dziadków w salonie, dziadzio zapytał mnie czy dalej jestem tak zadowolona z życia, jak często podkreślam to na blogu. Nie do końca wiedzieć czemu, nagle cała najeżona, odpowiedziałam pytaniem na pytanie: a czy kiedykolwiek gdziekolwiek napisałam inaczej? Na co dziadzio, zaskakująco spokojnym głosem odpowiedział, że bardzo się z tego cieszy, bo dzisiaj to przecież tylko jakieś 10% społeczeństwa jest w stanie powiedzieć, że cieszy się swoim życiem i robi to, co naprawdę kocha.
No i ja tak automatycznie sobie wtedy pomyślałam, że zrobię wszystko co w mojej mocy – chociażbym umrzeć próbując miała! – żeby w tych 10% na zawsze już pozostać. Ba, co więcej, żeby się tylko tymi 10% społeczeństwa otaczać. Bo pozostałe 90% ma moc przytłaczania. I tak właśnie zaczęłam się gorączkowo zastanawiać co zrobić, by w tych 10% pozostać…

31.01.2017

2017: kadry styczniowe

Kadrów ze stycznia może nie uzbierałam zbyt wielu, ale był to miesiąc wybitnie wręcz udany. Nowy Rok, choć na totalnym niewypale (o tym będzie przy okazji kolejnego odcinka z życia Blondynki), witałam nie tylko w cudownym miejscu, ale i w wyborowym towarzystwie.
Lekko ze mną nie mieli, ale przynajmniej sporo zobaczyli.

27.01.2017

And the world keeps spinning

Wiecie co mówią: że nic już nowego się na tym świecie nie wymyśli. Że teraz wszystko jest tylko przepisywaniem i układaniem w nowe konfiguracje, żadna tam eureka. Chłopaki z Kodaline niczego szczególnego nie odkryli pisząc kolejną ckliwą piosenkę o wielkich nadziejach, a jednak to właśnie ta piosenka wydaje się najlepiej obrazować moje przemyślenia. Bądźmy szczerzy: wszystkie moje wnioski z roku 2016 (jak i z poprzednich lat) są takimi właśnie wnioskami z odzysku jak ta piosenka – wydają się wyjątkowe, a śpiewają o czymś dawno już znanym i oczywistym. Bo nieważne ile razy w ciągu roku twój prywatny świat się zawali, ten realny i tak będzie się obracał dalej. I to od ciebie zależy, co z tym oczywistym faktem zrobisz: będziesz udawać, że ciebie grawitacja i czas nie dotyczy, albo to zaakceptujesz i pójdziesz kręcić się ze światem dalej…

13.01.2017

Po namyśle: nie jest źle

Inny miałam plan na piątkową publikację, ale po trzech dniach robienia sobie wody z mózgu i martwienia się wszystkim na zapas, naszło mnie na bardziej pospolite podsumowanie roku. Bo, widzicie, rok 2016 był, dla mnie osobiście, rokiem bardzo dziwnym. O ile 2015 przyniósł kilka ważnych (zarówno w życiu jak i w głowie) transformacji, to 2016 w wielu – zbyt wielu powiedziałabym nawet – kwestiach był rokiem przełomowym. I może właśnie dlatego ciężko mi go sklasyfikować jako zły czy dobry. Przełomy (różnorakie) mają przecież to do siebie, że choć najczęściej wychodzą nam na dobre, to kosztują wiele wysiłku, łez i cierpienia. Co prawda, to, czy przełomy z 2016 rzeczywiście wyszły mi na dobre, jeszcze się okaże. Jedno jest jednak pewne: choć wciąż nie wiem do jakiego celu tak naprawdę dążę, to 2016 na pewno mnie do niego przybliżył. I nie ma co pierdolić, że tak nie jest.

06.01.2017

Filmy 2016

W tym roku filmów obejrzałam mniej niż w latach ubiegłych, bo nie przekroczyłam magicznej setki (stanęło na 88) – zwalam to na życiowe rewolucje jakie przetoczyły się po mojej głowie, i seriale, które kolejno odhaczam z mojej długaśnej listy. Trudno stwierdzić czy moje gusta w jakimkolwiek stopniu ewoluowały, ale za to oczywistym jest, że w gronie polecanych tu przeze mnie tytułów (tj. takich, które wywarły na mnie wrażenie i dostały więcej niż 7 na filmwebie) przeważają pozycje albo oparte na faktach, albo poruszające bardzo aktualne, kontrowersyjne / trudne tematy. To do takich filmów ciągnie mnie ostatnio najbardziej.


Poniżej więc szczęśliwa 8 (obejrzanych przeze mnie w 2016) tytułów, które uznałam za godne polecenia.