INF [16.7.2017]: w razie jakby kogoś martwiła moja nieobecność: wzięłam urlop od blogowania. Do września pojawią się tu (jeśli w ogóle) wyłącznie kadry i relacje z moich skromnych wojaży. Stay tuned.

28.02.2017

2017: kadry lutowe

Luty był miesiącem w dużym stopniu przejściowym: z Londynu przeczołgałam się przez Kraków, Rzeszów, Tarnów i Trzy Doliny do Edynburga, spełniać kolejne marzenie z mojej Bucket Listy. Intensywny i bardzo przyjemny czas.
Zgodnie z radą zza drzwi w pracy: cieszę się samą podróżą.

24.02.2017

2017: Les 3 Vallees

To będzie relacja bardzo monotematyczna: góry, góry, narty i góry. O tym dlaczego wszystkim narciarzom gorąco polecam Alpy, można poczytać TUTAJ. Widokówki / relacje z innych alpejskich zakamarków można przejrzeć TUTU i TUTAJ.
Ten wyjazd planowałam odkąd Michał powiedział „Ania, no to przyjedź, będziesz miała gdzieś spać i gdzie się napić”. Że francuskie Alpy są generalnie drogie, a druga taka okazja mogła się już nie powtórzyć, toteż dwa razy powtarzać nie musiał. Początkiem grudnia w Bristolu kupiłam bilety lotnicze do Genewy, początkiem lutego przekonwertowałam trochę funtów na euro i plan konsekwentnie zrealizowałam: francuskie Alpy zaliczone. A dla was standardowa foto-relacja z ponad czterdziestoma (!) kadrami.
Bo, oj, w Trzech Dolinach zdecydowanie było na czym oko zawiesić.

17.02.2017

O tym jak nic nie napisałam

Wiecie jak to jest – samemu sobie najłatwiej być krytykiem. Przez ostatni rok wystrzeliwałam postami co piątek, jak z karabinu maszynowego. Poślizgi zdarzały mi się tylko wtedy, gdy w natłoku wydarzeń, mej uwadze umknął fakt, że mamy piątek (co z racji szalonego rytmu pracy w hostelu, było zjawiskiem częstym), a publikacja tekstu nie została zaplanowana z odpowiednim wyprzedzeniem. Traktowałam te opóźnienia jako osobiste porażki, bo blog był jedną z rzeczy, które chciałam od początku do końca robić dobrze. Rozumiecie, taka moja chluba i chwała. Piątek, w którym nic nie opublikowałam, miał być jednym z takich poślizgów właśnie – ot, w piątek czasu nie ma, więc doszlifuję post w sobotę i wszyscy szczęśliwi. Tylko że w sobotę usiadłam do komputera i uznałam, że nic się do publikacji nie nada, a po łebkach to ja niczego robić nie będę, bo przecież nie o to mi w tym wszystkim chodzi. Zamknęłam więc komputer i cierpliwie czekałam na istne tsunami zwyczajowych wyrzutów sumienia. Które nigdy nie nadeszło.

10.02.2017

2017: Faro

To nie był wyjazd przeze mnie planowany, na Bucket Liście tego nie miałam (mam za to Porto), ale przy jego okazji i tak jedną pozycję wykreślić mi się z niej udało. Ten wyjazd był inicjatywą Norberta, który, jeszcze pod koniec października zeszłego roku, po tym jak załatwił mi pracę w Londynie, zapytał czy nie pożałowałabym 25 funtów, żeby polecieć z nim do Portugali. Nie mogłam odmówić. Futnów nie pożałowałam, wyjazdu tym bardziej.
To był, easily, jeden z najlepszych wypadów w moim życiu. Kadrów mam dla Was dużo (sześćdziesiąt!), bo Portugalia mnie dość mocno zauroczyła.

04.02.2017

You count, mate

Siedząc kiedyś przy kawie u dziadków w salonie, dziadzio zapytał mnie czy dalej jestem tak zadowolona z życia, jak często podkreślam to na blogu. Nie do końca wiedzieć czemu, nagle cała najeżona, odpowiedziałam pytaniem na pytanie: a czy kiedykolwiek gdziekolwiek napisałam inaczej? Na co dziadzio, zaskakująco spokojnym głosem odpowiedział, że bardzo się z tego cieszy, bo dzisiaj to przecież tylko jakieś 10% społeczeństwa jest w stanie powiedzieć, że cieszy się swoim życiem i robi to, co naprawdę kocha.
No i ja tak automatycznie sobie wtedy pomyślałam, że zrobię wszystko co w mojej mocy – chociażbym umrzeć próbując miała! – żeby w tych 10% na zawsze już pozostać. Ba, co więcej, żeby się tylko tymi 10% społeczeństwa otaczać. Bo pozostałe 90% ma moc przytłaczania. I tak właśnie zaczęłam się gorączkowo zastanawiać co zrobić, by w tych 10% pozostać…