INF [20.11.17]: ręka, co prawda z ograniczeniami, ale już działa, więc szykuję mały foto-spam.

31.03.2017

2017: kadry marcowe

Gdy w Londynie zaczęło mnie ciągnąć do zmiany otoczenia na trochę spokojniejsze (i tańsze), wybór (oczywisty) padł na Edynburg. Jak wszystkim zapewne wiadomo, w Edynburgu zakochałam się (na zabój) latem 2014 roku (prześledzić mój zachwyt można na zdjęciach tututu i tu): do dziś śmiem twierdzić, że to była najcudowniejsza wycieczka w moim życiu. Bo mimo że po niej było już wiele innych, równie ekscytujących, to jednak żadna nie niosła ze sobą takiego emocjonalnego bagażu i znaczenia jak Edynburg. O ile Londyn 2013 był moim pierwszym przełomowym krokiem, tak Edynburg bez wątpienia był drugim. Kto wie czy nie ważniejszym.
Póki co, decyzji o spędzeniu tu kilku miesięcy nie żałuję. Wręcz przeciwnie: z dnia na dzień zakochuję się w tym mieście coraz bardziej. Na tyle, że myślę o zostaniu do końca lata.

Z początkiem marca znalazłam sobie pokój: w dogodnej dla mnie lokalizacji, wygodny, przytulny, u przesympatycznych Szkotów, z kwitnącymi drzewami po drugiej stronie ulicy.

Pierwsze dwa tygodnie spędziłam na odwiedzaniu znajomych miejsc, odświeżając moją – bynajmniej nie słabnącą – fascynację.
Edynburg może i jest pogodowo kapryśny, ale zawsze piękny!
To miasto niezliczonych tęczy.
I przepięknych chmur.
Wiosna pachnie tutaj mocniej (i wcześniej).

Na wyciągnięcie ręki mam nie tylko góry, ale i morze.
Pierwsze wieczory w nowym pokoju spędzałam na czytaniu o podziemnym mieście. Bardzo ciekawa pozycja dla fascynatów starego miasta.
Z okazji Dnia Świętego Patryka, razem z Magdą spędziłyśmy wieczór w pubach.

Głównym bohaterem wieczoru był, oczywiście, Guinness.


Jak się okazało, Nowe Miasto skończyło w tym roku 250lat i z tej okazji można było obejrzeć ciekawe iluminacje na budynkach.
W tym samym miejscu robiłam zdjęcia naszej pierwszej nocy!
Oczywista oczywistość: rozpieszczałam podniebienie nowymi smakami. Fanką irnbru nie zostałam (bo generalnie nie przepadam za gazowanymi napojami), ale haggis (szczególnie w postaci tych kuleczek z ostatniego zdjęcia) zaskakująco mi posmakowało.
Nie było obijania się: jako że Jakubowi pogoda na zwiedzanie udała się bajeczna, w ostatnią sobotę marca zerwaliśmy się skoro świt, żeby podziwiać wschód na Calton Hill.



Dobra miejscówka, choć o takie w Edynburgu wcale nie trudno.

Nie byłam jeszcze w piękniejszym mieście.




Po długich godzinach zwiedzania, relaksowaliśmy się lekturą w chylącemu się ku zachodowi słoneczku, na szczycie Arthur’s Seat.



Cholernie udany dzień.
Chwała przyjaciołom z lustrzankami, bo oni potrafią robić dobre zdjęcia! I nie marudzą jak robisz setne zdjęcie w tym samym miejscu, tylko sami pstrykają ile wlezie.

Na Cramond beach i Cramond island byłam po raz pierwszy, ale na pewno nie ostatni, bo to miejsce od razu trafiło na listę miejsc przeze mnie uwielbianych.




Po długiej przerwie (i.e. czytaniu wyłącznie kindle’a), fajnie jest wrócić do papierowych książek, szczególnie niedzielnym popołudniem, na ławeczce w słoneczku, i w doborowym towarzystwie.
Widok ze szczytu Scott Monument.
Wiosna pod zamkiem pełną gębą.

Wiosennie-letnią atmosferę przypieczętowaliśmy dobrymi lodami. Ten weekend był tak obrzydliwie fantastyczny, że w poniedziałek miałam depresję z powodu jego zakończenia.
Podsumowując: mam się dobrze, a Edynburg jest cudowny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz