10.03.2017

Ciężkie jest życie blondynki (V)

Część pierwsza: TUTAJ, druga TU, trzecia TUTAJ, czwarta TU.


Bo:

Po pierwsze:
Ja i Kuba – mój serdeczny przyjaciel, z którym w sensie romantycznym nie łączyło i nie łączy mnie absolutnie nic – mamy zwyczaj robić sobie pogaduchy przez skype’a. Któregoś pięknego październikowego dnia, podczas rozmowy z moją inną serdeczną przyjaciółką, Kuba napisał do mnie na czacie, dopytując się, kiedy wpadnę do Rzeszowa. Odpisałam mu, co trzeba, i wróciłam do streszczania moich dramatów ryjących banie. Ryjących ją na tyle, że – dziś z kompletnie dla mnie niezrozumiałego powodu – miałam poważne opory w wypowiedzeniu na głos całkiem normalnego zdania. Uznałam więc, że bezpieczniej będzie napisać. Na czacie. Więc napisałam. I czekałam na reakcję, która nie nadeszła. Bo moja przyjaciółka nic nie dostała. Za to dostał Kuba. Pięć minut po tym jak opisałam mu plany na najbliższy miesiąc, dostał wiadomość pt. „całowaliśmy się w kiblu na imprezie”. W panice kompletnej, po długich a ciężkich, udało mi się usunąć tę felerną wiadomość. Na marne niestety, bo Kuba zdążył ją odczytać. I widział jak znika. Do dzisiaj ciśniemy z tego bekę.

Po drugie:
Mój pierwszy samodzielny wyjazd emigracyjny na obczyznę, kierunek: Londyn. W maju poleciałam tam na dowód i nie polecam, bo kolejka zawsze co najmniej dwa razy dłuższa niż ta do chipa. Tak więc tym razem, dwa dni przed wylotem, pamiętałam, żeby przygotować sobie paszport. Z tym że wyciągając go z szuflady i rzucając okiem czy na pewno mój, jakoś tak serce mi stanęło, bo na dacie ważności widniał zbliżający się dzień: 5 listopada 2016. Mieliśmy wtedy 2 listopada. Ja wylatywałam 3. Przed wylotem zdążyłam tylko złożyć wniosek o nowy, a poleciałam stać w kolejce z dowodem. Ale to, oczywiście, nie był koniec. Rodzice mieli gest, uznali, że odwiozą mnie na lotnisko, więc tata poszedł po auto na garaż. Dzwoni dwadzieścia minut później, że nie odpali, zepsuło się – musieli pożyczyć samochód Dziadzia. Norma.

Po trzecie:
Od jakiegoś czasu psuje mi się telefon (czy może raczej bateria w telefonie) – mimo kilkudziesięciu procent, nagle bez uprzedzenia pada, i to, oczywiście, w najmniej dogodnych momentach. Była połowa stycznia, gdy próbowałyśmy odnaleźć się z Giulią pod stacją Tottenham Court Road, żeby razem dotrzeć na nasze bardzo lejt Christmas Party. Nie dość, że czekałam na nią w przejmującym, mroźnym wietrze dwadzieścia cholernych minut, to telefon padł mi w momencie, gdy ona akurat wysłała zdjęcie z miejsca, w którym stała. Poirytowana, krążąc wokół dwóch zatłoczonych wyjść z metra, z płonną nadzieją dwukrotnie wyjęłam i z powrotem włożyłam baterię: bezskutecznie. Podkurwiona więc dotarłam do knajpy sama. Ale na tym historia się nie kończy, bo dzień później, spacerując po parku z aparatem (piękny zachód słońca wtedy był) zorientowałam się, że… moje 16 giga muzyki i zdjęć leży gdzieś zadeptane przez tłumy przy Tottenham Court Road Station.  

Po czwarte:
Wybrałam się na wycieczkę do Bristolu. Na zakończenie cudownego weekendu poszliśmy do Starbucksa spróbować ich świątecznych specjałów i – docelowo – skreślić z Bucket listy drobnostkę pt. "podać fałszywe imię w Starbuksie" (podkradzione do Kuby). Wymyśliliśmy sobie nawet dość tematyczne imiona: ja byłam Luną, a Norbert Severusem. Niestety, Pani za ladą najwyraźniej nie czytała Harry’ego Pottera, bo mnie zapisała jako LUNAR, a Norberta,  mimo przeliterowania, SEVERES. No i patrzcie: niby taka pierdoła, a mnie już dwie próby jej zrealizowania spaliły na panewce! Ale to, rzecz jasna, wcale nie koniec historii, bo wychodząc na ziąb, zapytałam Norberta czy to nie jego rękawiczki zostały na stoliku obok nas: zaprzeczył, więc wyszliśmy bez nich. Że były moje, dotarło do mnie dopiero jak wysiadłam na Victoria Station w Londynie. A żeby dopełnić obrazka, w drodze powrotnej zacięły się drzwi do toalety w autobusie – gdy mnie oczywiście strasznie chciało się sikać. Czy was to jeszcze dziwi…?

Po piąte:
Pierwszy dzień stycznia 2015 roku. W kościele nie było mnie co najmniej rok, więc myślę sobie: dobra, pójdę z kolegą na mszę, dobrą koleżanką będę, świąteczny okres jest, kolędy sobie chociaż pośpiewam (i kolejny krakowski kościół od środka obejrzę), przecież zawsze to lubiłam. Mhm. Nie dość, że tego dnia z jakiegoś powodu nie działały im w kościele organy (może organista miał urlop), to ksiądz zawodził jak za karę (a wszystkie babcie, ma się rozumieć, wdzięcznie mu wtórowały), i tyle było z mojego radosnego kolędowania. Dostałam za to koszmarnego ataku śmiechu, gdy ksiądz z tacą potknął się o własne nogi i rozsypał wszystkie misternie zbierane złotówki tuż pod naszymi nogami. A potem, rzecz jasna, przez pięć minut na klęczkach je zbierał. Prawie się udusiłam z tego tłumionego chichotu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz