INF [16.7.2017]: w razie jakby kogoś martwiła moja nieobecność: wzięłam urlop od blogowania. Do września pojawią się tu (jeśli w ogóle) wyłącznie kadry i relacje z moich skromnych wojaży. Stay tuned.

24.04.2017

2017: Stirling & Conic Hill

Druga część naszej wczesno-kwietniowej wycieczki (pierwsza TU) była inicjatywą Norberta, choć tym razem bez jego typowego, uprzedniego, skrupulatnego planowania: działaliśmy trochę na żywioł, starając się dostosować do kapryśnej, szkockiej pogody. Wyszliśmy na tym wcale nie najgorzej. Ale niestety bez Jakuba, który musiał pracować.
Na poniedziałek zapowiadali deszcz, więc za cel obraliśmy sobie zamek w Stirling, a że we wtorek słońce miało wyglądać zza chmur, to wybraliśmy się nad Loch Lomond.

Już sam dworzec w Stirling bardzo nam się spodobał: moje kolory.

Zwiedzanie zaczęliśmy od starego mostu – bardzo urokliwy. Podziwialiśmy go z ławeczki, wsuwając zdrowe przekąski na drugie śniadanie.
Wszędobylskie żonkile!
Okolica też niebrzydka: tutaj Wallace Monument, jak wyjęty z Władcy Pierścieni (nie żebym czytała albo oglądała…). Może kiedyś wrócę, żeby się na niego wdrapać.

Samo miasteczko u podnóża zamku przywodziło na myśl Edynburg. Ta kamienna zabudowa ma niesamowity klimat – zdecydowanie jestem fanem.


Wiedzieliście, że symbolem Szkocji jest jednorożec?



Na koniec fundnęliśmy sobie rozczarowanie dnia: zamek. Zaliczone, ale zdecydowanie nie warte moich 15 funtów. Szczególnie zaś, że w Benugo kazali mi zapłacić za ciepłe napoje. Skąpi Szkoci (dla niewtajemniczonych: z zasady, dla pracowników, powinny być za darmo).

Mój przystojny brat i przyjaciel w jednym.
No i w gruncie rzeczy, choć się zanosiło, to nam nie padało.
We wtorek pociągiem przemieściliśmy się do Balloch. Nie bez przygód, bo po drodze wyjebało całą trakcję i wysadzili nas na jakimś kompletnym zadupiu (chyba nikogo to już nie dziwi?). Mieliśmy obawy, że w ogóle tam nie dotrzemy, ale szczęśliwie skończyło się jedynie na godzinnym opóźnieniu.


Szlak na Conic Hill, choć niedługi, był bardzo malowniczy.


Pogoda dopisała, choć – jak to w Szkocji – złem pizgało na wszystkie strony.


Zielono, wszędzie zielono!

Szkocki krajobraz bardzo mi się podoba i mam szczerą nadzieję, że na przestrzeni najbliższych miesięcy będę miała jeszcze nie jedną okazję go obfocić!
Wielgachne podziękowania dla Wojtka, Norberta i Jakuba za fenomenalne 4 dni – szczęściara ze mnie, że was znam i mam, ot co!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz