INF [16.7.2017]: w razie jakby kogoś martwiła moja nieobecność: wzięłam urlop od blogowania. Do września pojawią się tu (jeśli w ogóle) wyłącznie kadry i relacje z moich skromnych wojaży. Stay tuned.

20.05.2017

2017: Aberdeen & Inverness

Aberdeen i Inverness były planem na trzeci (z rzędu!) weekend z Jakubem w Szkocji. W myśl zasady: korzystaj póki jest. Bo tydzień później wrócił do Polski na święta, które ja spędziłam z Irene, po raz kolejny obchodząc turystycznie Edynburg. Kuba, z jakiegoś powodu miał cholerne szczęście do pogody – niby Szkocja, a pokropiło nam tylko trochę w ostatnią niedzielę… i to jak jedliśmy obiad w uroczym pubie.
I owszem, Kuba się wyrabia i robi mi coraz lepsze zdjęcia!

W stronę Aberdeen wyruszałam jak w Edim jeszcze było ciemno – dzięki temu w drodze mogłam oglądać piękny wschód słońca, tuż nad Firth of Forth Bridge (porządnego zdjęcia dla potwierdzenia niestety nie mam, bo aparat był w plecaku).
Pierwszym przystankiem na naszej wycieczce było urokliwe miasteczko Stonehaven, z którego malownicza dróżka zaprowadziła nas do zamku Dunnottar: naszego głównego tego dnia celu.

Słońce dopisywało.
Z plecakami łatwo nie było, ale dla takich widoków było warto!
Jakub podziwiający widoki.
I ja, jak zawsze w tyle.
W miarę jak zamek się przybliżał, widoki były coraz piękniejsze.

Z czterech szkockich zamków jakie do tej pory widziałam, ten podobał mi się najbardziej, głównie ze względu na nadmorską lokację (i może adekwatną cenę).
Zostawiliśmy z Jakubem ślad w księdze gości.
Coraz lepsze mu te kadry wychodzą, przyznajcie!



Po wizycie na zamku, Aberdeen nie zrobiło na nas wrażenia: jest szarobure.
Słońce na szczęście robiło robotę.
Szło znaleźć fotogeniczne detale.

I nawet jedno ładne miejsce: Old Aberdeen.
Mogłabym w takim domku mieszkać.
Kamienna zabudowa z łatwością kradnie moje serce – gdziekolwiek jej nie dojrzę, miejsce z automatu staje się o wiele piękniejsze.
I podobnie jak w Glasgow: Aberdeen nadrabia trochę cmentarzami. Bo ja generalnie bardzo polubiłam szkockie cmentarze.
Niedzielnym porankiem, już w Inverness, przywitało nas słoneczko przebijające się przez chmurki – idealna aura dla kolejnego punktu wycieczki: wizyty nad Loch Ness.

Urquhart Castle (za każdym razem muszę sprawdzać jak to się pisze).


Nassie nie widziałam, bo, co uwiecznił Kuba, za bardzo skupiłam się na zdjęciach.
W Inverness, które podobało nam się bardziej niż Aberdeen, udało mi się zrealizować dwie rzeczy, które spaliły na panewce podczas mojej grudniowej wizyty w Bristolu: podać fałszywe imię w Starbucksie…
…oraz zaliczyć Sunday Roast. Mniaam!
Generalnie Inverness trochę przywodziło mi na myśl Bristol.


Reasumując: kolejny obrzydliwie udany wyjazd! Aż szkoda, że Jakub nie zamieszkał w UK na dłużej.
Depresji powycieczkowej jako-takiej uniknęłam, bo a) przecież mieszkam w najpiękniejszym brytyjskim mieście i b) już powoli szykują mi się kolejne wyjazdy.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz