INF [3.9.2017]: kadry sierpniowe. Wrzesień planuję wypełnić zaległymi zdjęciami. Powrót do regularnych postów (if ever) planuję na październik. Stay tuned.

26.05.2017

Wietrz głowę

Poszłam wczoraj po pracy na długi spacer, żeby przewietrzyć głowę (wpuszczając do uszu wyłącznie śpiew ptaków, szum wiatru i ewentualnie Matta przekonującego że “you will find a way”) i doszłam do wniosku, że najwyższy czas przerwać tę niepisaną zmowę milczenia. Bo jak coś ma mi pomóc to pisanie właśnie. Nie tyle dla was, co dla siebie (choć jak ktoś coś z tego dla siebie wyniesie to też super). Mówiąc krótko: nie jest dobrze (żeby nie powiedzieć źle, bo to zazwyczaj tylko prowokuje gorzej). Mam przedłużające się problemy ze zdrowiem (spokojnie, nie umieram, i pewnie niebawem szerzej o tym napiszę), które rzutują na coraz więcej aspektów mojego życia i kompletnie mnie blokują. Głównie mentalnie.


Pisałam niedawno, że szczęśliwie pozbyłam się niechcianych wyrzutów sumienia z powodu niepisania. Ale niestety wciąż niezmiennie zżerają mnie od środka wyrzuty sumienia z powodu niesprostania własnym wymaganiom, w związku z czym szlajam się wyuczonymi na pamięć, edynburskimi szlakami wiecznie podkurwiona i… nieszczęśliwa. Czujecie jak paradoksalnie to brzmi: nieszczęśliwa w Edynburgu, coś musi być bardzo nie tak.
Sprawa jest dość oczywista – moje życie domaga się kolejnych rewolucji. I to już nawet abstrahując od oczywistej potrzeby zmiany pracy i twarz naokoło: pilniej mi do zmiany w głowie. Nie jest bowiem normalne, to samobiczowanie niewywiązywaniem się  z jakiś osobistych, wysublimowanych, dalekosiężnych i nierzadko awykonalnych planów, gdy twoje życie po raz kolejny staje na głowie i przetasowuje wszystkie priorytety. Na gwałt muszę nauczyć się akceptować ograniczenia i porażki, bo mam do nich pełne prawo. Mogę zawieść i owszem, zawodzę, jak każdy, co jednak wcale nie musi ujmować mojej wartości! A zawsze sama podświadomie sprawiam, że właśnie ujmuje. I wtedy albo bezowocnie i wszelkim kosztem próbuję być nadczłowiekiem, żeby jakoś tą straconą wartość nadgonić, albo nurkuję prosto w otchłań czarnej rozpaczy, bo przecież do niczego się, kurwa, nie nadaję.
Obie opcje, oczywiście, prowadzą mnie donikąd.
Bo gówno z Pana, proszę Pana. To, że brakuje mi cierpliwości i pokory nie jest niczym odkrywczym, ale boli mnie trochę, że wciąż, mimo świadomości, mimo pisania o tym, nie potrafię być dla siebie bardziej wyrozumiała. Prawdziwym przyjacielem, a nie wiecznie niezadowolonym, karcącym, surowym zwierzchnikiem. Co chwilę wpadam w tę samą pułapkę: zacznie się dziać trochę lepiej, widzę jakieś małe tego efekty, instynktownie chcę więcej i więcej, no więc pcham mocniej i mocniej, w efekcie przeginając pałkę i jeb, wracam do punktu wyjścia, do moich kompletnie nierealnych wymagań wobec samej siebie. Tak bardzo chcę być kimś, kim nie jestem, że to aż smutne. I pomyśleć, że zdarza mi się innych ganić za nierealne postrzeganie świata…
Potrzebuję nauczyć się być sobą. Sobą tu i teraz, prawdziwą, żywą, wadliwą. Żadną najlepszą wersją, żadnym cudzym wyobrażeniem, żadnymi oczekiwaniami, nadziejami i planami. Chrzanię przecież na prawo i lewo o samoświadomości i samopoznaniu jak nawiedzona, a koniec końców samej siebie nie znam! Albo znam, ale nie chcę zaakceptować. Bo w mojej pokręconej głowie akceptacja magicznym sposobem zlała się w jedno z rezygnacją. A to dwie bardzo różne rzeczy.
Fajnie jest ciągle przeć (mentalnie) do przodu, otwierać się na zmiany, nieustannie podnosić sobie poprzeczkę i prosperować, ale kuźwa, może nie za wszelką cenę. Nie, gdy życie pizga ci w twarz. Czasem po prostu trzeba wziąć oddech. Przestać chcieć więcej i więcej, i zatrzymać się w danej chwili. Zaakceptować ten gorszy moment, dać sobie (mentalnie i fizycznie) odpocząć. Bo jesteśmy tylko, kuźwa, ludźmi. I należy nam się więcej zrozumienia – nie tyle od ludzi wokół, co przede wszystkim od siebie samego.
Tak więc wietrzę głowę z tej mojej chorobliwej auto-presji i wciskam sobie pauzę. Jak mam się pomyślnie zaadaptować do nowej sytuacji, to tylko na pełnym luzie.

PS. Gdyby kogoś nękała jakakolwiek wątpliwość: wbrew zwyczajowemu pierdoleniu wiecznie zawiedzionych Muserów, ja iście ubóstwiam najnowszy kawałek Muse. Bo moje chłopaki to jednak moje chłopaki. Zresztą umówmy się: dostarczyli tym singlem jeden z najbardziej treściwych teledysków. Majstersztyk.  

2 komentarze:

  1. Tak "na gwałt" to się chyba nie da, ale na spokojnie, w swoim tempie - prawie każdemu by się przydało. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Podoba mi się tu. Zapraszam również do siebie :)

    OdpowiedzUsuń