INF [16.7.2017]: w razie jakby kogoś martwiła moja nieobecność: wzięłam urlop od blogowania. Do września pojawią się tu (jeśli w ogóle) wyłącznie kadry i relacje z moich skromnych wojaży. Stay tuned.

04.06.2017

Extremes are easy

W którymś podcaście Włodka Markowicza (za dużo ich było żebym pamiętała w którym, a słucham każdego) padło nazwisko gościa (Colin Wright), który odważnie wdepnął w minimalizm. Zainteresowana, wrzuciłam go w wyszukiwarkę youtube’a i wyskoczyło mi video z TEDa pt. ‘Extremes are easy’, który z automatu dodałam do mojej watch later listy. Bo tytuł obiecywał temat, który już od bardzo długiego czasu się we mnie kotłował. Zanim więc kliknęłam play, miałam wobec niego oczekiwania. I nadzieję.


Moim oczekiwaniom sprostał – w wyżej wspomnianym monologu usłyszałam wszystko to, czego usłyszeć się spodziewałam. Gość opowiada dokładnie o tym, co mnie samej automatycznie przyszło na myśl widząc ten tytuł. Ale moje nadzieje zawiódł, bo nie było tam niczego, czego sama bym już nie wiedziała, a na to po cichu liczyłam. Że otworzą się przede mną kolejne drzwi, że spłynie na mnie inspiracja i wreszcie ruszę z tego martwego punktu, w którym moje rozkminy na temat równowagi jakiś czas temu utknęły i za cholerę ruszyć nie mogą.
Napisać o równowadze chciałam już dawno. Tylko z sensem i odkrywczo, bo to przecież najważniejszy – a równocześnie najbardziej oczywisty z oczywistych – wniosek (prawda?) do jakiego w życiu doszłam. Ba, jeśli miałabym dziś wskazać jedną lekcję, jedną filozofię, która kierunkuje moje myślenie (a docelowo, mam nadzieję, ukształtuje moje życie), bez zawahania powiedziałabym: równowaga. Bo ta cholerna równowaga jest w życiu – w każdym jego chrzanionym aspekcie – najważniejsza. A zarazem najtrudniejsza do osiągnięcia.
Bo ekstremy są naprawdę proste. To je najgłośniej słychać, to o nich najchętniej się mówi, pisze, dyskutuje i filmy kręci. Ekstremy, w przeciwieństwie do równowagi, są wyraziste, efektowne, dobrze się sprzedają. Popaść w jedną albo drugą skrajność (a najczęściej kolejno w obie) to też żadna sztuka, szczególnie gdy ma się wybuchowy charakter – to zazwyczaj pływa w twojej krwi. Problem zaczyna się, gdy zdasz sobie sprawę, że nie tędy droga i że może jednak warto byłoby pokusić się w życiu o choć trochę równowagi. I nagle stajesz przed nie lada wyzwaniem, bo trudno jest walczyć z czymś, co leży w twojej naturze. Bardzo trudno nawet. Równowaga wymaga wysiłku, wyrzeczeń, ciągłego przewartościowywania swoich priorytetów. Każdy kto kiedykolwiek próbował, wie, że to trudne. Ale warto.
Inspirujących przykładów i wybitnie inteligentnej argumentacji na potwierdzenie tej tezy niestety nie mam. Mogę wam tylko powiedzieć, że odkąd tej równowagi świadomie (i nie bez wysiłku) szukam, bywa odpowiedzią na każde nurtujące mnie pytanie. I najczęściej, żeby do niej – w jakiejkolwiek sferze – dotrzeć, muszę przebrnąć przez (lub choć się otrzeć o) oba ekstremy, co oczywiście nieziemsko wydłuża cały proces. Trochę jak spacer pijanego: zamiast iść prosto do celu, zataczam się jak beczka, raz na prawo, raz na lewo, raz w rów, raz w krzaki. Ale choć łatwo nie jest, jestem też święcie przekonana, że akurat to wyzwanie – jak żadne inne – naprawdę warto jest podjąć. Bo na dłuższą metę, równowaga zawsze sprawdzi się lepiej niż którykolwiek ekstrem.
A jak już sobie ją wypracujecie, to podobno życie staje się prostsze.
Zamierzam to sprawdzić.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz