INF [16.7.2017]: w razie jakby kogoś martwiła moja nieobecność: wzięłam urlop od blogowania. Do września pojawią się tu (jeśli w ogóle) wyłącznie kadry i relacje z moich skromnych wojaży. Stay tuned.

21.06.2017

Mój magiczny Edi

Opisując moją podróż do Edynburga w 2014, przynajmniej dwukrotnie napisałam pod zdjęciami, że to „na pewno” nie była moja ostatnia wizyta w tym mieście. Słowa sobie dotrzymałam i wróciłam: w teorii na trzy miesiące, w praktyce okazuje się (póki co), że na dłużej. Gdy leciałam ostatnio na kilka dni do Polski, widząc to „moje” miasto i oddalającą się Szkocję z góry, przeszło mi przez myśl (nie po raz pierwszy zresztą), że naprawdę mogłabym nazywać to miejsce domem. Powrót wyglądał podobnie: choć lądowaliśmy już bliżej północy, niebo wciąż jeszcze ziało niesamowitymi kolorami od strony zachodu, fundując niezapomniane widoki na moją ukochaną wyspę. Może mam jakieś nienaturalne szczęście do tutejszych warunków pogodowych, ale naprawdę trudno mi przypomnieć sobie piękniejsze widokówki. Edynburg i Szkocja bez wątpienia kradną moje serce. Z dnia na dzień coraz bardziej.

Powody, dla których nie chcę się stąd na razie ruszać, mnożą się wprost proporcjonalnie do spędzonego tutaj czasu – i dziś trochę o nich.
 
Niebanalna miłość
Londyn kocham potwornie, ale, umówmy się, jest to miłość dość oczywista: filologia angielska niemalże ją wymusza. Nie jest to też miłość wyjątkowa, bo miliony kochają tę metropolię. I choć za nic w świecie nie chcę mojej londyńskiej miłości ubliżać (trudno w ogóle stawiać te dwa, tak bardzo różne miasta w jednym szeregu), to otwarcie muszę przyznać: moja miłość do Edynburga jest bardziej niebanalna i… zdaje się, że jednak trochę większa. W Edynburgu zakochałam się gwałtownie i niespodziewanie, od pierwszego wejrzenia. A odkąd tu mieszkam, moja miłość dojrzewa i… wciąż jedynie rośnie. W przeciwieństwie do Londynu, który najlepiej sprawdza się jako przelotny, gorący romans, o Edynburgu myślę bardziej długoterminowo. Gdybym miała się z którymś wiązać na całe życie (choć na razie nie planuję), wybór pewnie padłby na Edynburg.

Wyważony rytm
Po hektycznym tempie życia w Londynie i poczuciu, że czas nieustannie przecieka mi przez palce, Edynburg jest cudowną ostoją. Też zatłoczony, ale nieporównywalnie mniejszy (i tańszy!), urzeka swoją dostojną acz prowincjonalnością. Nie dość, że miejscówkę do życia mam tutaj o jakieś dwa standardy wyżej niż w Londynie (a za niższą cenę), to jakoś łatwiej idzie znaleźć mi tu na wszystko czas. Choć życie nie poszczędziło mi nowych, niełatwych doświadczeń, to jakoś łatwiej przychodzi mi się tutaj zrelaksować. Czas zdaje się tu płynąć wolniej, ludzie wydają się bardziej przyjaźni i zrelaksowani, życie nieco prostsze. I choć przede mną coraz więcej wyzwań, to jakoś nie mam wątpliwości, że przy odrobinie wysiłku, to właśnie tutaj będę wstanie to wszystko osiągnąć. Z jakiegoś powodu, w mojej głowie (czy sercu) króluje poczucie, że Edynburg to właściwe miejsce. Tu i teraz.  

Pogoda
Może i pizga tu złem na prawo i lewo, ale legenda, że tu ciągle leje jest kompletnym pomówieniem. Popada czasem, owszem, zdarza się, że kilka razy w ciągu jednego dnia, a i zmoczyło mnie znienacka ze dwa razy już też, ale gdybym miała to podliczyć, to i tak częściej trafiam na słońce przebijające się przez prujące po niebie chmury. Fakt faktem, do wiatru, szczególnie tego chłodnego z początku wiosny, trudno jest się przyzwyczaić (i go polubić), ale z początkiem lata zaczęłam to wietrzne usposobienie bardziej doceniać: nie cierpię upałów, więc ten niwelujący temperaturę wietrzyk bardzo przypadł mi do gustu. Zmienność i nieprzewidywalność też, póki co, bardziej mnie cieszy niż martwi: zawsze jest okazja do improwizacji.

Fascynująca historia
Szczerze mówiąc, nigdy bym nie przypuszczała, że wymienię historię, jako jeden z powodów dla których kocham… cokolwiek, ale historia Edynburga, a konkretniej historie kryjące się za jego niebywałą i niepowtarzalną architekturą, zdecydowanie są jednym z powodów dla których uznaję to miasto za fascynujące. Zamek osadzony na dawnym wulkanie (chyba każdy zna ten widok?) i stare miasto rozpięte na długości języka lawy, wszystko obudowane kamieniem. Wiedzieliście, że to w Edynburgu postawiono pierwsze wieżowce? A te mosty bez rzeki, które udają ulice? Sprytnie zagospodarowane doliny? A historie o podziemnym mieście? I te wszystkie przepiękne cmentarze! Zdecydowanie jest w czym grzebać i czym się fascynować.   

Różnorodność terenu
Góry, doliny, morze, wyspy, parki, łąki, rzeki, a nawet wodospad! W samym Edynburgu i jego najbliższych okolicach (wciąż w większości przeze mnie niezbadanych), mam wszystko to, czego nauczyłam się kochać w Polsce. Śmieję się, że Artur to moja Marcinka przemielona z Zakrzówkiem, Calton Hill zastępuje krakowskie kopce, Meadows są jak Krakowskie Błonia, River Almond to odmiana Dunajca, a Water of Leith to tarnowski Wątok, i tak dalej, i tak dalej. Czas mija, a ja wciąż mam tak wiele do odkrycia! I tyle miejsc, do których chcę wielokrotnie wracać! Nie wiem ile czasu musiałoby upłynąć, żeby Edynburg zaczął mnie nudzić – niewykluczone, że życia by zabrakło.

PS. Potraktujcie to jako namiastkę bądź wstęp, bo wcale niewykluczone, że z mojego pobytu w stolicy Szkocji urodzą się kolejne (inne niż fotorelacje) pseudo-turystyczne posty.

2 komentarze:

  1. Mnie najbardziej w Edynburgu urzekło coś co określiłaś w dwóch punktach, ale można też zamknąć w jednym uczuciu : ciągłe zaskakiwanie. Już trochę tego Edynburga znamy, ale wystarczy przejść się na spacer inną ścieżką niż zwykle żeby przeżyć niezły szok. Polecam Union Canal (spacerkiem od naszych okolic do Fountainbridge) na taki mały szok.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z dziką rozkoszą z polecenia skorzystam! :)

      Usuń